Niemiłosiernie zakurzony, zniszczony i poplamiony, uwalanymi w smarze paluchami notatnik leżał na kole kierownicy, a jego właściciel gryzmolił coś w nim zawzięcie, bezwiednie wysuwając język z lewego kącika ust.
W pokancerowanych dłoniach, a właściwie wielkich łapskach dzierżył jakiś zmaltretowany długopis, który co chwila odmawiał posłuszeństwa, więc skryba klął siarczyście przy każdej awarii urządzenia, po czym je rozmontowywał, starannie układając części na kolanach, dmuchał we wkład, następnie pieczołowicie skręcał wszystkie moduły ponownie w jedną całość i znów niestrudzenie przystępował do pisania czegoś na pożółkłych kartkach. Cykl ów powtarzałby się pewnie w nieskończoność, gdyby nie fakt, że w pewnym momencie długopisowi nie było w stanie przywrócić funkcji życiowych już żadne, nawet najmocniejsze dmuchnięcie. Zniechęcony „benedyktyn” wyrzucił stosik plastikowych i metalowych przedmiotów przez boczne okno auta, zapalił papierosa, zaciągnął się dymem z lubością i zagaił do pasażera: „Kapitanie, jak przyjadzimy stund do dumu, to jo se kupie chyba ciungnik, bo tera żym liczył pinindze i wyszło, że na kumbajn to mi jeszcze grosza nie starczy”. Siedzący obok wysoki oficer pokiwał głową ze zrozumieniem, ale słowem nie skomentował planów swego kompana z szoferki. Posiadacz jednej z dwóch maszyn agrarnych in spe, wyraźnie zawiedziony milczeniem powiernika, postanowił zadać mu pytanie aktywizujące: „Co dowódca myśli o kumbajnie?”. Wywołany odparł: „No… ten… kombajn może być przydatny… szczególnie podczas żniw...”. Kierowca – teraz już nawet nie kryjąc swego poirytowania – zagadnął znów: „No, a traktor nie je przydatny?”. Interlokutor odrzekł: „No… jest!”. Wtedy, jawnie już rozjuszony późniejszy nabywca wehikułu, wyskandował: „No to, co jo mum kupić?”. Riposta była brutalna: „Kurwa, kup sobie nawet prom kosmiczny i, najlepiej, leć nim na Marsa, żebym cię więcej nie musiał oglądać! Ale mnie już dupy tym nie zawracaj! Dręczysz mnie tak od tygodnia i to kilka razy dziennie! Weź, gościu, raz się zdecyduj i basta!”. Przyszły, być może międzyplanetarny nawet peregrynanta, spojrzał rozżalony na swego pryncypała, po czym wymamrotał pod nosem kilka fraz o zasadach zachowania kultury w czasie debaty, ale głośno nie odważy się narzekać. Wiedział, że reperkusje konfliktu z żylastym kapitanem mogą być dotkliwe, więc nie utyskiwał zbyt długo. Po chwili, już uspokojony oficer rozkazał: „Wjedź gdzieś pomiędzy domy. Mamy jeszcze godzinę do końca patrolu, więc przeczekamy w spokoju!”.