Pod wysokim, pomalowanym na pastelowy kolor murem, zza szczytu którego odważnie wychynęły pióropusze palm, stały dwa Honkery.
Karoserie pojazdów powlekała matowa farba khaki, dodatkowo pokryta grubą warstwą pustynnego pyłu, ale żaden z ośmiu żołnierzy bytujących przy pojazdach nie miał najmniejszego zamiaru podjąć jakiejkolwiek próby przywrócenia maszynom choćby namiastki dawnej świetności. Wręcz przeciwnie – wszyscy siedzieli nieruchomo na swoich miejscach i zdawali się być całkowicie pochłonięci kontemplowaniem ruchu drogowego, jaki odbywał się na pobliskiej sześciopasmówce. W pewnej chwili rozwarły się drzwi jednego z osobowo-terenowych aut i na ich zewnętrznej stronie wyraźnie można było dostrzec okrągły emblemat w kolorze bordowym, z doskonale wpisanym w niego pikującym orłem, wyobrażonym na tle białej czaszy spadochronu, dlatego nawet laikowi nietrudno było wywnioskować, że wysiadający z pojazdu wysoki umundurowany mężczyzna jest przedstawicielem wojsk powietrznodesantowych.