Napisałem już kilka felietonów dla wm.pl o naszych wewnętrznych Kresach ale już od kilku lat piszę i mówię na ten temat. Często spotykam się z reakcjami typu "jakie Kresy?!", "Kresów już dawno nie ma" a jeśli są, to "poza naszymi granicami", itp.
Słyszę podobne ataki z różnych stron - zarówno od lewaków jak i nacjonalistów polskich, białoruskich i ukraińskich, jak i od miłośników wszechruskiego imperializmu. Dla polskich nacjonalistów, Kresy to coś pozytywnego, do czego trzeba tęsknić, czego trzeba żałować, że już nie nasze. Chodzi o ziemie na wschód od dzisiejszej polskiej granicy. Czy jednak taką miłością darzyli Kresy, kiedy były w granicach Polski? No, wtedy głosili raczej potrzebę "polonizacji" Kresów. Tylko po co "polonizować", kiedy te tereny były według nich polskie. Próbowali wprowadzać tam "standardową" polskość, czyli coś, co jest całkowicie sprzeczne z kresowością. Z kolei dla lewaków, komunistów ale także wschodnich nacjonalistów, Kresy to przejaw "polskiego imperializmu". Według nich, samo używanie nazwy "Kresy", to nostalgia za polskim "uciskiem i kolonializmem". Używanie tej nazwy w odniesieniu do współczesnego Podlasia, jest według nich "kiczowate".