Rosja chce uznania tego, co zagrabiła, za swoje, Trump chce przerwać wojnę i, chcąc nie chcąc, gotów się zgodzić, aby zapanował tam pokój nawet na takich warunkach. Ukraina, wspierana przez trzy państwa europejskie, popiera Ukrainę. Nie chce tworzyć Rosji przestrzeni do tego, że na kogo napadnie w przyszłości, to będzie sobie mogła zatrzymać zdobyte terytorium.
Powstaje więc klincz, który będzie trudny do rozwiązania. Bardziej prawdopodobny jest rozejm niż pokój. To zmusza wszystkie kraje Europy do zrewidowania swojej polityki. To pokazuje też słabość UE, która w kwestiach bezpieczeństwa jest bezradna, za wolno działa i jest niedecyzyjna. To może oznaczać koniec Brukseli, zostawienie wolnego rynku i odwrót w stronę Europy ojczyzn, a więc państw narodowych. Natomiast koordynacja krajów Europy jest potrzebna — widać, że na razie biorą to w swoje ręce trzy kraje. Powstaje spontanicznie nowe kierownictwo Europy. Dynamika spraw pokazuje sztuczność i słabość biurokracji w Brukseli.
W ostatnich dniach do mediów przedostały się nieoficjalne informacje, że Stany Zjednoczone pod rządami Donalda Trumpa postawiły Ukrainie — a konkretnie prezydentowi Wołodymyrowi Zełenskiemu — ultimatum. Według tych doniesień Kijów miał otrzymać zaledwie kilka dni na zaakceptowanie nowej, zmodyfikowanej wersji planu pokojowego między USA a Rosją. Dla wielu obserwatorów oznacza to powrót presji, która bardziej przypomina próbę wymuszenia kapitulacji niż negocjacje w sprawie pokoju.
Proponowany dokument, który początkowo liczył 28 punktów, zakładał między innymi oddanie Rosji części ukraińskich terytoriów, ograniczenie militarnego potencjału Ukrainy oraz rezygnację ze starań o członkostwo w NATO. Nawet po redukcji dokumentu do około 20 punktów pozostają w nim zapisy uznawane przez stronę ukraińską za nie do przyjęcia. Krytycy przekonują, że plan w obecnym kształcie oznaczałby rezygnację z suwerenności i zgodę na trwałą dominację Rosji nad kluczowymi obszarami.
Administracja Donalda Trumpa przedstawia swoje propozycje jako pragmatyczny sposób na szybkie zakończenie wojny. Według przedstawicieli USA konflikt trwa zbyt długo, a „realistyczne” warunki mogą zapewnić rozejm jeszcze przed końcem roku. W tej narracji pojawiają się słowa o konieczności „powrotu do interesów” i wykorzystania rzekomej przewagi Rosji do zawarcia porozumienia.
Tymczasem Ukraina odpowiada zdecydowanie. Prezydent Zełenski wielokrotnie podkreślał, że nigdy nie zgodzi się na oddawanie terytorium i że jakiekolwiek rozmowy pokojowe muszą opierać się na pełnej suwerenności państwa. Zapowiedział również konsultacje z europejskimi sojusznikami, dając wyraźnie do zrozumienia, że Kijów nie zamierza działać pod dyktando dwóch mocarstw ponad głowami pozostałych partnerów.
W obliczu zmęczenia wojną wizja szybkiego porozumienia może wydawać się kusząca. Jednak cena, jaką Ukraina miałaby za nie zapłacić, budzi wątpliwości nie tylko w Kijowie, ale także w wielu europejskich stolicach. Ustępstwa terytorialne i rezygnacja z kluczowych aspiracji strategicznych nie tworzą stabilnego pokoju — raczej zamrażają konflikt i otwierają drogę do nowych, niebezpiecznych napięć w przyszłości.
Ukraina znalazła się więc między dwoma realiami: presją największego sojusznika a imperatywem obrony własnej państwowości. Zełenski, przynajmniej na razie, wybiera tę drugą drogę. To wybór, który może zaważyć na przyszłości całego regionu — nie tylko w kontekście wojny, ale również europejskiego bezpieczeństwa w kolejnych dekadach.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze