Silniki samolotu An-26 mruczały miarowo, kiedy podniebny rumak poniósł w swoim przepastnym brzuchu ponad trzy dziesiątki spadochroniarzy, z lotniska w podkrakowskich Balicach do rejonu zrzutu na Pustyni Błędowskiej.
Było słoneczne popołudnie 5 lipca 2006 roku, środa, gdy żołnierze 6. Brygady Desantowo-Szturmowej rozpoczęli kolejny, najważniejszy etap szkolenia spadochronowego. Wewnątrz statku powietrznego panował nieznośny upał, a do nozdrzy siedzących przy burtach kadłuba mężczyzn wdzierał się zapach przepalonej nafty lotniczej, skompilowany z wonią spoconych ciał. W pewnym momencie, w ogonowej części samolotu zapaliło się żółte światło, a klapa zamykająca luk desantowy zaczęła wolno wsuwać się pod spód maszyny. Instruktor pokładowy, doświadczony major, przekrzykując huk pędzącego powietrza wydał komendę: „Sonda, przygotować się!”. Po tych słowach, z siedzisk uniosło się trzech skoczków i pewnym krokiem zbliżyło do metalowej furtki oddzielającej nitowaną podłogę od przepaści. Na początku, tuż przed czeluścią stanął wysoki żołnierz, lekko ugiął nogi w kolanach, skrzyżował ręce na taśmach uprzęży spadochronu AD-95 i zerknął na tarcze przyrządów pomiarowych, umieszczonych po jego lewej stronie. Białe wskazówki, wyraźnie odcinające się od czarnych cyferblatów, pokazywały wysokość około 750 metrów i prędkość przelotową 320 kilometrów na godzinę. Major otworzył bramkę i wykrzyczał wprost do ucha skoczka: „Kapitanie, idziesz pierwszy! Kolejny za tobą po trzech sekundach! Powodzenia!”. Zagajony skinął głową na znak zrozumienia, po czym światło z żółtego zmieniło się na zielone, a wtedy instruktor krzyknął: „Skok!”, i oficer energicznie oddzielił się od pokładu. Gdy znalazł się poza bezpiecznym wnętrzem An-26, natychmiast porwały go wściekłe strugi powietrza. Poczuł, jak mały spadochron stabilizujący pozycjonuje jego ciało w pionie i, zgodnie ze sztuką desantowania powietrznego, zaczął w myślach odliczać: „Sto dwadzieścia jeden! Sto dwadzieścia dwa! Sto dwadzieścia trzy!”, po czym silnie wyrwał czerwonych uchwyt wyzwalający spadochron główny. 83 metry kwadratowe białego materiału czaszy wypełniły się powietrzem i momentalnie zmniejszyły prędkość opadania spadochroniarza do około 5 metrów na sekundę. Wysoki oficer, wisząc bezpieczne w uprzęży rozejrzał się bacznie wokół, ale pozostali dwaj żołnierze skaczący w sondzie znajdowali się daleko od niego, więc, nieco rozluźniony spojrzał pod nogi i wtedy ogarnął go niepokój.