Reklama

Sądy kontra sądy

Na pierwszy rzut oka to proces jakich wiele: spór o publikację prasową, żądanie sprostowania, dwa sądy i standardowa droga odwoławcza. A jednak ta sprawa stała się czymś znacznie więcej – kolejnym rozdziałem w opowieści o tym, jak polski wymiar sprawiedliwości coraz częściej zajmuje się sam sobą.

W centrum tej historii znalazł się sędzia Łukasz Piebiak, który pozwał redaktora naczelnego Onet, domagając się sprostowania artykułu opublikowanego w 2023 r. Sąd Okręgowy w Warszawie częściowo przyznał mu rację. Spór jednak nie zakończył się na pierwszej instancji – i od tego momentu zaczął nabierać ustrojowego ciężaru.


Punkt zapalny: bezstronność sędziego

W czerwcu 2024 r. sprawa trafiła do Sąd Apelacyjny w Warszawie. Ten uchylił wyrok pierwszej instancji. Powód? Wątpliwości co do bezstronności sędziego Artura Grajewskiego.

W uzasadnieniu wskazano dwie kwestie. Po pierwsze – sposób powołania sędziego, który otrzymał nominację po rekomendacji Krajowej Rady Sądownictwa ukształtowanej po reformie z 2017 r. Po drugie – domniemane relacje z sędzią Piebiakiem z czasów, gdy ten pełnił funkcję wiceministra sprawiedliwości.

Reklama

To był moment, w którym spór o treść publikacji ustąpił miejsca sporowi o legitymację sędziów. I o to, kto ma prawo ją oceniać.


Sąd Najwyższy: „uzurpacja kompetencji”

Zażalenie trafiło do Sąd Najwyższy. W styczniu 2026 r. SN uchylił decyzję warszawskiej apelacji. Uzasadnienie było ostre – chwilami wręcz bezprecedensowe w tonie.

Sędzia SN Mariusz Załucki wskazał, że sąd apelacyjny przekroczył swoje uprawnienia, dopuszczając się „uzurpacji kompetencji”. Podkreślił, że żaden sąd powszechny nie ma prawa oceniać, czy Krajowa Rada Sądownictwa wybrała „właściwego” kandydata ani podważać prerogatywy Prezydenta RP w zakresie powoływania sędziów.

Reklama

W uzasadnieniu padły słowa o naruszeniu równowagi władz i konstytucyjnych fundamentów państwa. SN ostrzegł przed „chaosem jurysdykcyjnym”, w którym każda przegrana strona mogłaby próbować podważać status sędziego, jeśli wyrok okaże się dla niej niekorzystny.

W konkluzji działanie sądu II instancji nazwano „destrukcyjnym ustrojowo” i opartym na „pozornej podstawie konstytucyjnej”.


Kontratak apelacji

Zgodnie z procedurą sprawa wróciła do ponownego rozpoznania przez ten sam skład apelacyjny. I wtedy wydarzyło się coś, co jeszcze kilka lat temu trudno byłoby sobie wyobrazić.

Reklama

26 lutego br. Sąd Apelacyjny w Warszawie – z pełniącą obowiązki prezesa sądu Dorotą Markiewicz w składzie – postanowił zakwestionować legalność powołania sędziego Sądu Najwyższego, który wydał krytyczne wobec nich orzeczenie.

Sąd skierował pięć pytań prejudycjalnych do Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej i zawiesił postępowanie.

Te pytania brzmią jak katalog ustrojowych wątpliwości:

  • czy Sąd Najwyższy w składzie z sędzią rekomendowanym przez „nową” KRS spełnia standardy niezależności wynikające z art. 19 TUE,

    Reklama
  • czy w razie braku takiej niezależności sąd apelacyjny powinien z urzędu pominąć orzeczenie SN,

  • czy można – mimo przepisów krajowych – skierować sprawę do „właściwego” składu SN,

  • a jeśli nie da się zapewnić „niezależnego” składu, kto powinien przejąć kompetencje: inny skład SN czy sam sąd apelacyjny,

  • czy dla zagwarantowania standardów unijnych należy wyznaczyć nowy skład apelacyjny, nawet z pominięciem polskich regulacji.

W uzasadnieniu warszawska apelacja powołała się na orzecznictwo TSUE, ETPCz oraz wcześniejsze rozstrzygnięcia samego Sądu Najwyższego, wskazując na trwający – w jej ocenie – kryzys niezależności sądownictwa po reformach ostatnich lat.

Reklama

Spór o coś więcej niż jeden wyrok

To już nie jest spór o sprostowanie artykułu. To spór o to, czy sąd może badać legalność powołania innego sędziego. O to, gdzie kończy się kontrola instancyjna, a zaczyna ingerencja w prerogatywy konstytucyjnych organów. O to, czy prymat prawa unijnego pozwala pominąć normy krajowe regulujące skład sądu.

Jedni widzą w działaniach apelacji obronę europejskich standardów i próbę przywrócenia realnej kontroli nad procesem nominacji. Drudzy – niebezpieczny precedens, który może doprowadzić do sytuacji, w której każdy skład sądu będzie oceniał legalność innego, a wyroki staną się tymczasowe do czasu rozstrzygnięcia kolejnego sporu o status sędziego.

Reklama

W efekcie obywatel, który przyszedł do sądu po rozstrzygnięcie swojej sprawy, otrzymuje coś zupełnie innego: spektakl instytucjonalnego konfliktu.

 

Źródło: niezależna.pl zdj. - PAP
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wm.pl




Reklama