Marcowe dane inflacyjne przyniosły więcej spokoju, niż można było się spodziewać jeszcze kilka tygodni temu. Choć ceny wyraźnie przyspieszyły, ekonomiści wskazują, że może to być jedynie chwilowe wybicie – a nie początek nowej fali wzrostów.
Według wstępnych danych GUS ceny towarów i usług konsumpcyjnych w marcu 2026 roku wzrosły o 3 proc. rok do roku oraz o 1 proc. w porównaniu z lutym. Na pierwszy rzut oka może to wyglądać niepokojąco, jednak szczegóły pokazują bardziej złożony obraz.
Ekonomiści ING Banku Śląskiego zwracają uwagę, że niemal cały wzrost inflacji wynikał z jednego źródła – gwałtownego skoku cen paliw. Te podrożały w ciągu miesiąca aż o 15,4 proc., co przełożyło się na wyraźne odbicie w ujęciu rocznym. Jeszcze w lutym ceny paliw spadały, by w marcu stać się głównym czynnikiem podbijającym inflację.
To właśnie ten element – silny, ale wąsko skoncentrowany – sprawia, że obecna sytuacja różni się od tej sprzed kilku lat.
Zdaniem analityków mamy dziś do czynienia z klasycznym szokiem podażowym, skoncentrowanym na rynku energii. To istotna różnica względem okresu pandemii i pierwszych lat po wybuchu wojny w Ukrainie, kiedy inflacja była efektem jednoczesnego działania wielu czynników – zarówno ograniczeń podaży, jak i rozgrzanego popytu.
Wówczas gospodarki były stymulowane na niespotykaną wcześniej skalę, a konsumenci – wspierani transferami i odłożonym popytem – wydawali więcej. Dziś ten mechanizm nie działa z taką siłą.
To dlatego, jak podkreślają ekonomiści, obecny wzrost cen nie musi automatycznie prowadzić do reakcji polityki pieniężnej. Kluczowe będzie to, czy drożejące paliwa przełożą się na trwały wzrost cen usług i żywności oraz – w dalszej kolejności – na presję płacową.
Najbardziej optymistyczny wniosek z marcowych danych jest taki, że mogą one oznaczać tegoroczne maksimum inflacji. Warunek jest jednak jeden: brak dalszych gwałtownych wzrostów cen ropy naftowej.
Dodatkowym czynnikiem stabilizującym sytuację są działania rządu na rynku paliw. Obniżki podatków oraz wprowadzenie cen maksymalnych sprawiły, że ceny na stacjach spadły o kilkanaście procent względem poziomów obserwowanych jeszcze niedawno. To może skutecznie ograniczyć dalszą presję inflacyjną.
Ekonomiści ING BSK oceniają, że w takim scenariuszu średnioroczna inflacja ma szansę pozostać w granicach dopuszczalnych odchyleń. Jednocześnie podkreślają, że głównym zagrożeniem pozostaje sytuacja geopolityczna – zwłaszcza napięcia w rejonie Zatoki Perskiej, które mogą ponownie podbić ceny ropy.
W efekcie Rada Polityki Pieniężnej najpewniej pozostanie ostrożna. Scenariusz dalszych obniżek stóp procentowych wydaje się na razie wstrzymany, ale równie mało prawdopodobne są ich podwyżki.
Marcowy odczyt nie zamyka więc tematu inflacji, ale może być sygnałem, że najtrudniejszy moment mamy już za sobą – o ile świat nie zaskoczy nas kolejnym energetycznym wstrząsem.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze