Reklama

Ciągnie mnie jeszcze w Bieszczady

Maria Podgórska, mieszkanka gminy Wilczęta, skończyła 100 lat. Jest jedną z ostatnich żyjących na tych terenach osób, które trafiły tu w wyniku akcji „Wisła”. Jej losy obrazują trudną drogę przesiedleńców, którzy po 1947 roku zaczynali na Ziemiach Odzyskanych nowe życie.

Łemkowie w Zawoju

Maria Podgórska (z domu Fidyrko) urodziła się 13 marca 1926 roku w nieistniejącej dziś bieszczadzkiej wsi Zawój. Wywodzi się z Łemków — górali karpackich, których współcześnie najczęściej zalicza się do narodu ukraińskiego. Była najstarszą z czworga dzieci Eufemii i Teodora Fidyrków. Matka pani Marii umarła w czasie wojny na skutek gruźlicy.

Rodzina Fidyrków cieszyła się w Zawoju szczególnym poważaniem. Fundamentem ich pozycji był dziadek Marii, Fedor Fidyrko, który ciężką pracą na emigracji w Ameryce zarobił tyle, że po powrocie mógł kupić 300 mórg bieszczadzkiej ziemi. Dzięki temu stał się najbogatszym gospodarzem w całej wsi. Swój pokaźny dobytek podzielił później pomiędzy trójkę dzieci.
Fidyrkowie sprowadzili się do Zawoju z pobliskiego Łupkowa, rdzennie łemkowskiej miejscowości. W Zawoju, zamieszkanym głównie przez Bojków (inną grupę Rusinów karpackich), byli oni jednymi z nielicznych, a być może nawet jedynymi mieszkającymi tam Łemkami.

Reklama

Najpierw groźby, potem śmierć

Zimą na przełomie 1944 i 1945 roku w Zawoju kwaterował oddział UPA. Brat Marii, Michał, przez pół roku ukrywał się w lesie, by uniknąć wcielenia do partyzantki.
— Któregoś dnia ta banda przyszła do naszego domu i powiedzieli, że jeśli Michał do nich nie dołączy, zabiją całą naszą rodzinę — wspomina pani Maria. — Brat nie miał wyjścia, ale on niczego złego nie zrobił. To był normalny chłopak, nie żaden bandyta.
Zadaniem Michała Fidyrki było zaopatrywanie partyzantów UPA w żywność. — Tylko trzy miesiące im pomagał — dodaje pani Maria.
Michał Fidyrko zginął od kul podczas jednej z akcji pacyfikacyjnych prowadzonych przez Wojsko Polskie przeciwko partyzantom w 1945 roku. — Żołnierze mówili, że albo sam się zabił, albo zastrzelili go Ukraińcy — wspomina pani Maria. — Do nas posłańca przysłali, żebyśmy przyjechali po niego. Ojciec nie chciał, bał się. Ja pojechała sama i przywiozła go. Leżał w rowie w sąsiedniej wsi. Nie miał na sobie żadnego odzienia. Był cały pobity, pełen siniaków. Widać, że przed śmiercią torturowali go.

Reklama

W czerwcu 1946 roku UPA ostrzegła mieszkańców Zawoju przed planowanymi wysiedleniami, które miały objąć ich oraz sąsiednie miejscowości. Mimo napiętej sytuacji lokalna ludność starała się wieść normalne życie
— Dużo ja tkała płótno. Mama mnie jeszcze nauczyła. Potem robilim z tego koszule, bieliznę, odzienie, worki — opowiada pani Maria. — Mój ojciec miał talent do szycia; szył piękne stroje.

Wysiedlenie i spalenie wsi

Aż nadszedł dzień przesiedlenia. O świcie 27 kwietnia 1947 roku wojsko otoczyło Zawój. Stanisław Kryciński w książce „Bieszczady. Gdzie dzwonnica głucha otulona w chmury” tak opisuje tamte wydarzenia: „Kilku żołnierzy poleciło sołtysowi zebrać wszystkich dorosłych mężczyzn. Ten zadzwonił w gong alarmowy sporządzony z łuski armatniej. Zebranym kapitan oświadczył, że mają się spakować w ciągu dwóch godzin. Kto ma furmankę, niech ładuje na nią dobytek, a kto nie, niech zabierze tyle, ile uniesie w ręku”.
Podobne wspomnienia zachowała pani Maria. — Mój ojciec był sołtysem. Gdy rano wrócił z zebrania, powiedział, że musim się wynieść jak najszybciej, bo będą palić wieś. Pakowali my się w pośpiechu, biorąc tylko najpotrzebniejsze rzeczy: ubrania i jedzenie. Ojciec w tym czasie wypuścił krowy, owce i kury, a młode cielaki zdążył jeszcze ubić, żeby nie cierpiały. Ze sobą wzięlim tylko dwie młode klaczki i dwie krowy — mówi.
Mieszkańcy mieli zebrać się w wyznaczonym miejscu na jednym ze wzniesień. W tym czasie wojsko ogałacało chałupy z dobytku: zboża, ziemniaków, lepszych sprzętów.
— Kiedy nas wygonili, szli my tak pod górę. I na tej górze się zatrzymali. Patrzymy, a tam nasza wieś już się pali, razem z cerkwią. Wszyscy żeśmy płakali — wspomina pani Maria.
Dalszą drogę  przesiedleńców tak opisuje Stanisław Kryciński: „Pierwszego dnia konwój ruszył ok. godz. 9 i dotarł ze Studennego do Terki, gdzie przenocowano. Dowódca miał listę ludzi do wysiedlenia, którą dostał z gminy. Nie informowano ich, co z nimi zrobią; wiedzieli tylko, że idą do stacji Łukawica. Żołnierze szli po bokach, z bronią gotową do strzału. W Łukawicy ludzie czekali tydzień na łące koło stacji. Dopiero gdy cały pociąg był pełny, ruszyli w stronę Ziem Odzyskanych. Wysiedlono wówczas 292 osoby”.

Reklama

Nowe życie na Ziemiach Odzyskanych

Dawni mieszkańcy Zawoju mieszkają dziś w powiecie braniewskim, we wsiach Bardyny, Gładysze, Grużajny, Księżno, Nowica, Sopoty i Wilczęta.
— Wysadzili nas w Młynarach. Tam robili sort. Rozdzielali ludzi tak, aby sąsiedzi z jednej wioski nie mieszkali blisko siebie. Po każdą rodzinę przyjeżdżał ktoś wyznaczony z danej miejscowości. My trafili do Sopot. Ojcu przydzielili dom i 6 hektarów ziemi, choć większość dostawała tu po 12. Ten dom to była straszna rudera. Był ogołocony ze wszystkiego, nawet deski z podłogi powyrywali — mówi Maria Podgórska, przywołując wydarzenia sprzed niemal 80 lat.
Początki w Sopotach były bardzo ciężkie.
— Przyjechali my tu i nie było nic. Boże, łupiny z kartofli suszyli my na kuchni i mielili na żarnach na mąkę. Z tej mąki gotowało się jakąś czerajkę. Była straszna bieda, ale my powoli się ratowali, zarabiali, kupowali. I znowuśmy powstali — dodaje jubilatka.
Wkrótce po przesiedleniu pani Maria znalazła pracę jako kucharka w stołówce PGR w sąsiednich Tatarkach. Tam poznała swojego przyszłego męża, Władysława Podgórskiego, który również był przesiedleńcem (pochodził z Łodzinki Dolnej w powiecie przemyskim). W 1950 roku w Wilczętach wzięli ślub i zamieszkali w PGR Jankówko. Pani Maria pracowała tam przy dojeniu krów, a jej mąż jako brygadzista i koniarz. To właśnie tam przyszło na świat ich pięcioro dzieci.
W 1959 roku małżeństwo przeprowadziło się do Sopot, gdzie kupili 19-hektarowe gospodarstwo. Tam wspólnie wychowywali siedmioro dzieci. Pani Maria przez długie lata z oddaniem pracowała na roli, pozostając aktywną zawodowo aż do przejścia na emeryturę. W 1982 roku została wdową.
Los nie szczędził jej bolesnych doświadczeń. Troje z siedmiorga jej dzieci już nie żyje. Jednego z synów w wieku 19 lat zabił niewybuch w lesie, drugiego zabrał rak, a trzeciego covid. Mimo tych trudnych doświadczeń pani Maria starała się czerpać z życia to, co najlepsze. Doczekała się 18 wnuków oraz 16 prawnuków i to właśnie bliscy są od lat jej największą siłą oraz codzienną radością.

Reklama

Sekret długowieczności

Zapewne każdy chciałby poznać receptę na długowieczność, ale pani Maria przyznaje, że jej nie posiada.
— Ciężko pracowałam, mało chorowałam i zdrowo jadłam — wylicza. Podkreśla przy tym, że nigdy nie była samotna i zawsze otaczali ją ludzie. — Muszę przyznać, że ładna byłam i dużo żartowałam, dlatego mnie lubili — stwierdza z uśmiechem.
Pani Maria ma też swój własny sposób na gorsze samopoczucie. Gdy dopada ją choroba, leczy się ćwiartką spirytusu.
Długie życie to radość z dorastania prawnuków, ale i smutek, bo większość bliskich oraz znajomych pani Maria może odwiedzać już tylko na cmentarzu. Mimo ukończenia 100 lat jubilatka wciąż ma apetyt na życie. Cieszy się jasnym umysłem i świetną pamięcią. Chociaż podpieranie się laską sprawia jej już trudność, bez problemu obierze jeszcze ziemniaki na obiad. Słynie też z trafnych żartów i ciętych ripost, którymi potrafi rozbawić każdego.

Reklama

Tam dziś rządzą wilki

— Ciągnie mnie jeszcze w Bieszczady. Tam jest moja rodzina, moja mama i brat. Ale tam nie ma nic. Tam wilki rządzą i nie słychać ludzi — mówi pani Maria.

Stulatka wielokrotnie odwiedzała rodzinne strony. Po spaleniu Zawoju przez Wojsko Polskie przetrwało niewiele. Na przycerkiewnym cmentarzu zachował się jedyny nagrobek, należący właśnie do rodziny Fidyrków. Spoczywają tam najbliżsi pani Marii: brat Michał, matka Eufemia, dziadek Fedor oraz babcia Julia (z domu Moszczyńska).  Nagrobek ma wysoką, betonową podmurówkę, na której w październiku 2014 roku stowarzyszenie Magurycz oraz Stowarzyszenie Rozwoju Wetliny i Okolic umieściły nowy żeliwny krzyż. Nieistniejąca wieś Zawój w Bieszczadach to dziś teren rezerwatu krajobrazowego Sine Wiry w gminie Cisna. Obecnie obszar ten jest turystyczną atrakcją na ścieżce Bieszczady Odnalezione.

Reklama

Dwustu lat, babciu, życzy ci twoja wnuczka Ewelina  

Ewelina Gulińska

Literatura:
Stanisław Kryciński, „Bieszczady. Gdzie dzwonnica głucha otulona w chmury”, Rzeszów 2021, www.twojebieszczady.net.

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wm.pl




Reklama