Czasem zastanawiam się, ilu analityków polityczno-militarnych pamięta konflikt zbrojny zwany potocznie „wojną 44-dniową”.
Tak, moi Czytelnicy od razu wiedzą, że mam na myśli II wojnę o Górski Karabach, czyli półtoramiesięczne starcie zbrojne pomiędzy Armenią i Azerbejdżanem, którego areną był teren położony na obszarze Kaukazu Południowego. Z kronikarskiego obowiązku i, co ważniejsze, konieczności uwypuklenia chronologii poszczególnych wydarzeń – której szczegółowe zachowanie wydaje się niezbędne w dalszej części niniejszego felietonu – dodam, że walki trwały od 27 września do 10 listopada 2020 roku. W dniu kończącym pierwszą dekadę miesiąca listopada roku 2020, wdrożono trójstronne porozumienie pokojowe sygnowane przez Erywań i Baku, a całość troskliwie nadzorowała Moskwa. Zapytacie Państwo, skąd we wstępie wzięli się analitycy, wspomnienie jakiejś krótkiej, odległej i lokalnej wojny oraz – co nikogo nie powinno dziwić – partycypacja Rosji w tym całym zamieszaniu? Ano stąd, że nawet laik – jeśli uważnie prześledzi suche noty encyklopedyczne, opisujące przebieg tamtego konfliktu – zauważy, iż niebagatelną rolę odegrały w nim bezzałogowe statki powietrzne, którymi bardzo sprawnie posługiwali się Azerowie i zadali nimi Ormianom duże straty w ludziach i sprzęcie. Skoro wiemy, że Kreml nadzorował akt zakończenia wojny, tedy można śmiało wnioskować, iż, pod różnymi przykryciami, był on aktywny zarówno przed jej wybuchałem, jak i podczas trwania kinetycznej fazy konfliktu, więc rosyjscy sztabowcy różnych szczebli mogli z bliska przypatrywać się skuteczności użycia dronów. I tutaj winno paść kluczowe pytanie – co z powyższymi obserwacjami zrobiono w ciągu kolejnych kilkunastu miesięcy? Odpowiedź brzmi: nic nie zrobiono!