Gdzieś w okolicach roku 1983, czyli za najmroczniejszych czasów „wielkiej smuty” Jaruzelskiego, na murach kultowych garaży posadowionych frontem do ulicy Zbaraskiej w Łodzi, tych – wiedzą Państwo – których tylne ściany sąsiadują z Parkiem Podolskim, a w tamtych latach służyły one głównie do pisemnego wyrażania niezadowolenia ludu pracującego miasta włókniarzy, ktoś rozpuszczonym w wodzie wapnem i wielkimi literami nasmarował napis takowej treści: „Obywatelu, pomóż milicji i pobij się sam!”.
Aby dochować kronikarskiej rzetelności dodam, że na ulicy Piotrkowskiej, też w Łodzi, frazę ową wykrzykiwał także – jednak, dopiero około pół dekady później, bo 13 grudnia 1988 roku – Krzysztof Skiba, upamiętniając w ten sposób kolejną rocznicę wprowadzenia w Polsce stanu wojennego. Oczywiście, nie posądzam znamienitego muzyka o żaden plagiat, albowiem przywołane hasło było dość popularne w całej fabrycznej metropolii, w której wychowywało się i dorastało indywiduum klecące niniejszy felieton. Ponadto, by odrzeć moich Wspaniałych Czytelników z wszelakich złudzeń, a także trzymać się prawdy historycznej, muszę podkreślić, że nigdy nie miałem nic wspólnego z żadną działalnością opozycyjną. Tamto zdanie odczytałem wyłącznie dlatego, iż – jako, może, dwunastoletni smarkacz – uczęszczałem do pobliskiej podstawówki i podczas długiej pauzy międzylekcyjnej paliłem z kolegami papierosy w pobliskich krzakach, więc siłą rzeczy rzuciło się nam ono w oczy. Ach, jak prawie zawsze zboczyłem teraz na pisarskie manowce, wtrącając wątki osobiste, zaś wspomnienie tamtego peerelowskiego czasu miało być jedynie wstępem do współczesności, w której wiodącą rolę odgrywają Władimir Władimirowicz Putin, Donald John Trump i Joseph Robinette Biden Jr.