Wypowiedź Waldemara Żurka o możliwości „przywiezienia Zbigniewa Ziobry w bagażniku” odbiła się szerokim echem – i słusznie. Takie słowa, wypowiedziane przez urzędującego ministra sprawiedliwości, trudno wytłumaczyć jako zwykłą „figurę retoryczną”. Tym bardziej gdy dotyczą byłego ministra i polityka, wobec którego toczą się czynności prawne.
Żurek próbował prostować swoje słowa w Polsat News, lecz jego wyjaśnienia budzą więcej wątpliwości niż uspokojenia. Twierdził, że w „języku potocznym” dopuszcza się takie porównania, a praktyki służb na świecie bywają „na granicy prawa”. To tłumaczenie nie przystoi ministrowi odpowiedzialnemu za przestrzeganie procedur i standardów państwa prawa.
Słowa o możliwości wykorzystania prywatnych firm detektywistycznych do sprowadzenia Ziobry zza granicy – choć minister dodał, że „nie zgadza się” na takie pomysły – tylko pogłębiają obraz polityka, który wpadł w pułapkę własnych emocji.
Żurek określił zachowanie Zbigniewa Ziobry jako „tchórzostwo”, wskazując, że były minister „kreował się na szeryfa”. Następnie dodał, że „współczuje mu po ludzku”, ale musi pokazać obywatelom, że „nie można się zasłaniać instrumentalnie chorobą”.
Takie zestawienie – ostrej krytyki i deklaratywnego współczucia – brzmi jak polityczna kalkulacja. Gdy polityk mówi, że „współczuje, ale…”, najczęściej to „ale” jest celem całej wypowiedzi.
W tle sporu znajduje się zdalne oświadczenie Zbigniewa Ziobry wygłoszone 5 grudnia z nieujawnionego miejsca. Były minister zapowiedział, że wróci do kraju, ale pod warunkiem spełnienia szeregu zmian w sądownictwie i prokuraturze. To właśnie te żądania sprowokowały Żurka do wypowiedzi, które dziś stara się łagodzić.
Problem w tym, że minister sprawiedliwości – zamiast chłodnej analizy prawnej – wybrał retorykę podwórkową. A ta, gdy wychodzi z ust członka rządu, staje się nie tylko nieprofesjonalna, lecz przede wszystkim niebezpieczna.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze