– „W Polsce debata o zbrojeniach wciąż kręci się głównie wokół pieniędzy” – zauważył Tomasz Wróblewski w programie Punkt widzenia Jankowskiego w Polsat News. I rzeczywiście: najczęściej pytamy, skąd wziąć środki, rzadziej – kto będzie decydował, na co je wydać.
A przecież skala wydatków już dziś robi wrażenie. Jak podkreślał prezes Warsaw Enterprise Institute, Polska przeznacza na obronność więcej niż takie państwa jak Turcja czy Izrael. – „Nie jesteśmy na granicy naszych możliwości finansowych” – mówił, studząc narrację o konieczności sięgania po każdą zewnętrzną pomoc.
To jednak nie oznacza, że unijne pieniądze są neutralne. Wróblewski zwraca uwagę, że za ofertą wsparcia – programami takimi jak EDIP czy DEF – kryje się coś więcej niż tylko chęć wzmocnienia europejskiego bezpieczeństwa.
– „To nie dotyczy wyłącznie militariów” – zaznaczał. W jego ocenie stawką jest wpływ na decyzje, które dotąd należały wyłącznie do państw narodowych.
Zdaniem Wróblewskiego mechanizm jest dobrze znany i powtarzalny. – „Najpierw pojawia się niewinna platforma współpracy, później Unia staje się koordynatorem, a na końcu zaczyna decydować” – tłumaczył, odwołując się do doświadczeń z innych obszarów polityki publicznej, choćby ochrony zdrowia.
Po wybuchu wojny w Ukrainie Unia uruchomiła fundusze wsparcia dla przemysłu obronnego. Początkowo były to relatywnie niewielkie środki – około 300 mln euro – które miały charakter pomocowy. Dziś jednak ambicje Brukseli są znacznie większe.
Wróblewski wskazuje, że w nowych mechanizmach to Komisja Europejska może zyskać realny wpływ na decyzje zakupowe. – „Może się okazać, że to nie polscy generałowie będą decydować, czy kupujemy czołgi, czy amunicję” – mówił.
W jego ocenie istnieje też ryzyko bardziej subtelnych nacisków. – „Biurokraci mogą blokować konkretne zakupy, powołując się na względy etyczne czy polityczne” – zaznaczał, wskazując choćby na potencjalne ograniczenia dotyczące niektórych typów uzbrojenia. Mechanizm? Finansowy. Kto kontroluje strumień pieniędzy, ten zyskuje narzędzie wpływu.
Równolegle – jak podkreślał prezes WEI – pojawiają się bardzo konkretne zagrożenia dla krajowego przemysłu. – „Polskie firmy już dziś mają problemy z terminowością” – mówił, przywołując przykład Jelcza.
Wejście w unijne kontrakty oznaczałoby funkcjonowanie w znacznie bardziej rygorystycznym systemie. – „Kary mogą sięgać nawet 30 procent wartości zamówienia” – ostrzegał. W praktyce to ryzyko, którego nie wszystkie spółki – nawet z udziałem Skarbu Państwa – będą w stanie udźwignąć.
Równie niejednoznacznie wygląda kwestia finansowania. Choć oprocentowanie na poziomie około 3 proc. może wydawać się atrakcyjne, Wróblewski przypominał, że Polska już wcześniej potrafiła pożyczać taniej na rynkach.
– „Prawdziwym magnesem może być coś innego” – sugerował. Chodzi o nieformalną zgodę Brukseli na większy deficyt budżetowy w zamian za udział w systemie. To element, który nie pojawia się w oficjalnych komunikatach, ale – zdaniem rozmówcy – może mieć kluczowe znaczenie polityczne.
W szerszej perspektywie Wróblewski odwołuje się do historii integracji europejskiej. – „Unia nie powstała wyłącznie z miłości do pokoju” – zauważył. Jego zdaniem był to także projekt państw, które po utracie kolonii szukały nowej formy odbudowy swojej pozycji.
Dziś – jak argumentuje – mechanizm ten przyjmuje bardziej subtelną formę. – „Silne centra, takie jak Berlin czy Paryż, narzucają reguły peryferiom” – mówił, określając ten proces mianem swoistego neokolonializmu wewnętrznego.
W tym kontekście pytanie o unijne finansowanie zbrojeń przestaje być wyłącznie kwestią ekonomii. Staje się pytaniem o zakres suwerenności.
Bo – jak sugeruje Wróblewski – w polityce bezpieczeństwa nie chodzi tylko o to, ile wydajemy, ale kto ostatecznie podejmuje decyzje.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze