Po ostatnich deklaracjach Donalda Trumpa w sprawie Grenlandii i Kanady oraz wcześniejszych związanych z Kanałem Panamskim nasi komentatorzy są bezradni nie będąc w stanie dostrzec racjonalnych motywów tego rodzaju wypowiedzi. Jak zwykle w takich wypadkach pojawia się motyw szaleństwa, bo jeśli nie jesteśmy w stanie zrozumieć o co obserwowanemu politykowi chodzi, to oczywiście mamy do czynienia z działaniem irracjonalnym.
Tak było i tym razem, liderzy polskiej opinii publicznej, zwłaszcza zwolennicy liberalnego nurtu w globalnej polityce, niemal jednogłośnie zaczęli mówić o szaleństwie prezydenta – elekta, co jest wygodne z co najmniej dwóch powodów. Pozwala im to na przedstawieniu siebie i uwielbianych polityków jako rozumnych i racjonalnie działających liderów opinii publicznej a przeciwników jako przedstawicieli groźnej, nieobliczalnej i irracjonalnej fali, która nadciąga i przed którą należy się bronić. Drugi motyw jest prozaiczny. Otóż jeśli przedstawiamy kogoś, w tym wypadku Donalda Trumpa, jako polityka szalonego to tym samym zwolnieni jesteśmy z myślenia i nasza aktywność publiczna może ograniczać się do deklamowania ulubionych formułek maskujących intelektualną nieporadność komentujących rzeczywistość „ekspertów”. Oczywiście ekscentryzm Donalda Trumpa ułatwia tego rodzaju socjotechnikę, ale czy rzeczywiście mamy do czynienia z polityką – szaleństwem, która prowadzić może, jak alarmują europejskie media liberalne, do rozkładu NATO i zwycięstwa sił chaosu?