Prezydenckie weto w sprawie ustawy o SAFE nie zakończyło sporu o miliardy na zbrojenia. W rzeczywistości dopiero otworzyło nowy etap politycznej gry między rządem a Pałacem Prezydenckim. W gabinetach rządowych trwa gorączkowe szukanie sposobu na obejście blokady, a w otoczeniu prezydenta Karola Nawrockiego słychać zapowiedzi, że każda próba sięgnięcia po unijne pieniądze bez odpowiedniej ustawy będzie kwestionowana.
Na razie jedno jest pewne: żadna ze stron nie zamierza odpuścić.
Weto prezydenta nie zatrzymało działań rządu. Na specjalnym posiedzeniu gabinet rozpoczął wdrażanie alternatywnego scenariusza, który w kuluarach określa się jako „plan B”.
Premier Donald Tusk już wcześniej zapowiadał, że brak podpisu głowy państwa nie zamknie drogi do środków z unijnego programu SAFE. W jego ocenie zawetowana ustawa nie była zgodą na zaciągnięcie pożyczki, lecz jedynie tworzyła instrument do jej obsługi.
– Po prostu poradzimy sobie inaczej – mówi jeden z posłów Koalicji Obywatelskiej.
Przyjęta przez rząd uchwała w sprawie programu „Polska zbrojna” formalnie upoważniła ministra obrony oraz ministra finansów do podpisania umowy dotyczącej SAFE. Jednocześnie zapowiedziano dalsze działania, które mają umożliwić pozyskanie środków także dla służb podległych MSWiA oraz na inwestycje infrastrukturalne.
To właśnie w tym obszarze pojawia się największy problem.
Prezydenckie weto nie blokuje podpisania umowy z Komisją Europejską. Powoduje jednak powstanie poważnej luki finansowej – sięgającej kilkunastu miliardów złotych – w planach dotyczących infrastruktury oraz wzmocnienia takich służb jak Policja czy Straż Graniczna.
W rządzie trwa więc analiza, w jaki sposób te środki odzyskać.
Jedna z koncepcji zakłada przesunięcia w budżecie państwa. Część pieniędzy z SAFE mogłaby zostać skierowana bezpośrednio na zakupy uzbrojenia, natomiast inwestycje infrastrukturalne i wsparcie dla służb finansowano by z innych źródeł budżetowych.
Taki scenariusz oznaczałby w praktyce przetasowanie w ogromnym budżecie obronnym – który w tym roku wynosi niemal 5 proc. PKB, czyli około 200 miliardów złotych.
– Kosiniak-Kamysz i tak zrealizuje swoje cele. Różnica polegałaby tylko na tym, że część wydatków zamiast z budżetu MON zostałaby pokryta pieniędzmi z SAFE – tłumaczy rozmówca z koalicji.
Nie musi to oznaczać nowelizacji tegorocznego budżetu, którą prezydent mógłby zawetować. Rząd może po prostu uwzględnić takie przesunięcia w budżecie na 2027 rok – a ustawy budżetowej głowa państwa zablokować nie może.
Na razie jednak – jak słyszymy w Kancelarii Premiera – żadna decyzja jeszcze nie zapadła.
W rządzie dominuje przekonanie, że program SAFE pozostaje dziś najkorzystniejszym sposobem finansowania gigantycznych zakupów zbrojeniowych.
Argument jest prosty: żaden inny mechanizm nie pozwala zdobyć tak dużych pieniędzy tak szybko i na tak korzystnych warunkach.
Nie wszyscy jednak traktują SAFE jak rozwiązanie ostateczne.
– To w gruncie rzeczy linia kredytowa. Jeśli na rynku pojawi się coś tańszego, zawsze można z niej zrezygnować – mówi osoba zbliżona do MON.
W Pałacu Prezydenckim taki sposób działania budzi jednak zdecydowany sprzeciw.
Otoczenie Karola Nawrockiego twierdzi, że rząd nie ma prawa samodzielnie zaciągnąć takiego zobowiązania wobec Unii Europejskiej bez wyraźnej zgody ustawowej.
– Między Polską a UE powinna zostać zawarta umowa kredytowa wprowadzona ustawą. Inaczej będzie to działanie bez podstawy prawnej – przekonuje współpracownik prezydenta.
Jako precedens wskazywana jest ustawa o nowych zasobach własnych UE, która umożliwiła realizację Krajowego Planu Odbudowy. Wówczas – jak przypomina rozmówca – również uznano, że konieczna jest pełna procedura ustawowa.
Dlatego w Pałacu pojawiają się nawet sugestie, że rządowy „plan B” może naruszać przepisy o nadużyciu władzy przez funkcjonariuszy publicznych.
Na rządzących te groźby nie robią jednak większego wrażenia.
Równolegle trwa jeszcze jedna dyskusja – czy nie wykorzystać projektu ustawy przygotowanej przez prezydenta i prezesa NBP Adama Glapińskiego.
Koncepcja zakłada, że bank centralny mógłby wygenerować nawet 197 miliardów złotych zysku dzięki operacjom na rezerwach złota, a następnie przekazać te środki państwu na zbrojenia.
W teorii brzmi to imponująco. W praktyce pojawia się kilka poważnych wątpliwości.
Po pierwsze – pieniądze miałyby być przeznaczone wyłącznie na obronność. Po drugie – o ich wydatkowaniu decydowałby specjalny komitet, w którym przedstawiciele prezydenta mogliby skutecznie blokować decyzje rządu.
To właśnie ten mechanizm budzi największe opory w koalicji rządzącej.
– Trzeba by zlikwidować ten komitet albo zmienić zasady podejmowania decyzji. W obecnej formie daje on prezydentowi możliwość faktycznego blokowania działań rządu – mówi jeden z polityków koalicji.
Część rządowych rozmówców jest jednak wobec całej koncepcji bardzo sceptyczna.
Ich zdaniem projekt opiera się na zbyt wielu niewiadomych. Nie ma pewności, czy i kiedy NBP wygeneruje zakładany zysk z operacji na złocie.
Tymczasem kontrakty zbrojeniowe trzeba opłacać na bieżąco.
W praktyce oznaczałoby to emisję obligacji przez Bank Gospodarstwa Krajowego, które później spłacono by z przyszłego zysku NBP. Problem w tym, że takie obligacje byłyby droższe niż standardowy dług państwa.
– Czyli jako państwo płacimy więcej tylko dlatego, że dług zaciąga BGK, a nie Skarb Państwa – tłumaczy jeden z rozmówców z rządu.
Dlatego premier Donald Tusk i minister finansów Andrzej Domański mówią o tej propozycji z przekąsem jako o „SAFE 0 zł”.
Mimo ostrych słów w Pałacu Prezydenckim pojawiają się sygnały, że projekt ustawy nie jest zamknięty na zmiany.
– Jesteśmy gotowi rozmawiać o zapisach tej ustawy. Można ją poprawić, także w kwestii funkcjonowania komitetu sterującego – deklaruje jeden z współpracowników prezydenta.
W grę wchodzi także ewentualna nowelizacja ustawy o obronie ojczyzny, która mogłaby rozszerzyć katalog wydatków finansowanych przez Fundusz Wsparcia Sił Zbrojnych.
Cały spór ma też wyraźny wymiar polityczny.
W części koalicji rządzącej rośnie przekonanie, że warto jeszcze w tej kadencji sięgnąć po środki oferowane przez NBP i prezydenta – choćby w zmodyfikowanej formie. Politycy obawiają się bowiem, że po wyborach w 2027 roku układ sił w parlamencie może się zmienić.
Jeśli prawica wróci do władzy, to właśnie ona mogłaby wtedy skorzystać z pieniędzy wygenerowanych przez bank centralny.
Z kolei w Pałacu pojawiają się obawy odwrotne: że rząd wykorzysta ewentualne środki z NBP jako finansowe paliwo w kampanii wyborczej.
Dlatego spór o SAFE coraz bardziej przypomina nie tyle debatę o finansach publicznych, ile kolejną odsłonę długiej politycznej wojny między rządem a prezydentem.
A ta – jak wszystko wskazuje – dopiero się zaczyna.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze