Nie mieli łatwego życia. Jako dzieci zostali zabrani do rodziny zastępczej, bo biologiczni rodzice pili i ich zaniedbywali. Trafili do ludzi, którzy zapewnili im bezpieczeństwo, dach nad głową i miłość. Pokazali też, jaka powinna być rodzina. — Kochamy ich za wszystko, co dla nas zrobili — zapewnia Agnieszka.
Większość z nas z nostalgią wspomina swój rodzinny dom. To piękne wspomnienia, do których wracamy w chwilach smutku i trudnych momentach. To właśnie w rodzinnym domu czujemy się bezpieczni i kochani. To w nim są osoby najbliższe naszemu sercu. Niestety, są domy, o których lepiej nie wspominać, bo to wywołuje smutek i łzy. Są domy, za którymi nikt nie tęskni, ale często wracają w sennych koszmarach tych, którzy w nich przebywali.
— Nie mam pięknych wspomnień z rodzinnego domu — mówi Agnieszka. — Nie wiem nawet, czy mogę nazwać go domem. Dla mnie to był najgorszy czas i kiedy kilka lat temu pojechałam w to miejsce, bałam się tam wejść. Jakby te mury wzbudziły we mnie strach tamtej 12-letnej dziewczynki zabieranej z rodzeństwem z koszmaru, zabieranej w nieznaną i obcą drogę. Do dziś pamiętam tamten strach i niepokój, a zarazem nadzieję, że może zaczyna się nowy rozdział naszego życia.
W domu rządził alkohol
Agnieszka z rodzicami i trójką młodszego rodzeństwa mieszkała w małej wsi, w domku po babci. Dopóki kobieta żyła, dzieci zawsze miały co jeść i były zadbane. Na rodziców dzieci nie mogły liczyć, bo życiem małżonków rządził alkohol. Nie było dnia, żeby nie wracali do domu pijani.
— To babcia była dobrą duszą naszej rodziny — wspomina Agnieszka ze łzami w oczach. — To ona o nas dbała, chodziła na wywiadówki, ubierała i opatrywała rozbite kolana. Wieczorem razem klękaliśmy i odmawialiśmy modlitwy. Dziękowaliśmy Bogu za każdy dzień i prosiliśmy, żeby rodzice przestali pić. Babcia mówiła nam, że rodzice są chorzy, ale kiedyś wyzdrowieją i będziemy szczęśliwi. Do dziś pamiętam uśmiech babci i pyszny budyń, który nam gotowała. Kiedy nagle zmarła na zawał, zawalił się nam cały świat. Miałam zaledwie 12 lat, a młodsze rodzeństwo 8, 6 i 3 lata. Po pogrzebie wróciliśmy do pustego domu i długo płakaliśmy. Baliśmy się tego, co nas czeka.
Z domu zabrała ich opieka społeczna
Dość szybko nauczyciele w szkole i przedszkolu zorientowali się, że rodzice zaniedbują dzieci. Maluchy nie pojawiały się w placówkach na zajęciach. Kilkakrotnie do domu przychodziły panie z opieki społecznej. Wielokrotnie rodziców nie było w domu, a dzieci, brudne i głodne, siedziały same, pozbawione jakiejkolwiek opieki.
— Nie chodziliśmy do szkoły, bo czasem nie mieliśmy nawet butów czy ubrań. Byliśmy też głodni — opowiada Agnieszka. — Czasem rodzice przynosili jakiś chleb i margarynę. Z zapasów po babci nic już nie zostało. Widziałam, jak babcia gotowała, więc i ja chciałam przygotować coś rodzeństwu do jedzenia. Do dziś mam ślady na rękach, bo wielokrotnie się poparzyłam, gotując czy odcedzając ziemniaki. I nadeszła chwila, kiedy przyjechała po nas opieka społeczna i zabrała nas do rodziny zastępczej. Płakaliśmy i krzyczeliśmy wszyscy, tuląc się do siebie. Nie wiedzieliśmy, że właśnie zaczynamy nowe, lepsze życie.
Trafili do rodziny zastępczej
Rodzeństwo trafiło do wspaniałych ludzi. Pani Anna i jej mąż Artur otworzyli swoje serca dla tych skrzywdzonych dzieci. Sami wychowali trójkę własnych. W nowym domu dzieci zobaczyły, jak naprawdę powinna wyglądać rodzina. Po raz pierwszy od śmierci babci zasypiały najedzone, umyte i przygotowane do zajęć szkolnych. Czuły się bezpieczne i kochane i wiedziały, że z każdym problemem mogą się zwrócić do cioci i wujka.
— Do dziś dziękuję Bogu, że postawił na naszej drodze to małżeństwo — przyznaje wzruszona Agnieszka. — Zrobiło dla nas tak wiele; dało nam dom i nauczyło być dobrymi ludźmi. Nie zawsze byliśmy grzeczni. Każdy z nas miał swoje humory, wady i zalety. Ja długo buntowałam się, kiedy nowi opiekunowie kazali nam się uczyć, sprawdzali codziennie zeszyty. Z najmłodszym bratem długo były problemy, bo moczył się w nocy, budził się z krzykiem. Jeździli z nami do lekarzy, psychologów, na korepetycje. Byli przy nas w radościach i smutkach... Są do dziś.
Nowe, lepsze życie
Agnieszka po ukończeniu szkoły średniej usamodzielniła się: wynajęła z chłopakiem mieszkanie, pracuje i zaocznie studiuje. Planują ślub. Pozostałe rodzeństwo mieszka w rodzinie zastępczej. Agnieszka odwiedza je i wujków, którzy są dla niej najlepszymi przyjaciółmi.
— Z nimi mogę o wszystkim porozmawiać. Wiem, że nigdy mnie nie wyśmieją, tylko wesprą — tłumaczy. — Podjęliśmy decyzję z moim przyszłym mężem, że po ślubie adoptujemy młodsze rodzeństwo. Wujek i ciocia nie mają nic przeciw temu. Obiecali, że i tak zawsze będą nas wspierać, bo jesteśmy ich dziećmi. Kochamy ich za wszystko, co dla nas zrobili. Zdradzili nam, że są gotowi przyjąć pod swój dach kolejne potrzebujące i spragnione miłości dzieci. To są anioły, a nie ludzie! Bardzo dziękuję im, za to, że dali nam szansę na nowe, normalne życie.
Babcia czuwa nad nimi
Pani Agnieszka po ukończeniu 18 lat pojechała do swojego rodzinnego domu. Rodzice przez cały pobyt dzieci w rodzinie zastępczej nie interesowali się nimi. Nie zabiegali o spotkania, nie pisali listów.
— Chciałam spojrzeć im w oczy i zapytać, dlaczego alkohol był ważniejszy niż my. Bałam się tego spotkania, ale ciekawość i długo skrywany żal zwyciężył strach — opowiada. — Dom, który pamiętałam sprzed kilku lat, to zaniedbana ruina. Powybijane szyby, odrapane drzwi i smród alkoholu. Z pięknego ogródka naszej babci nie zostało nic. Kiedy weszłam do środka i powiedziałam: „Dzień dobry”, nikt nie odpowiedział... Na łóżku spała brudna i pijana kobieta. Matka? Nawet w myślach jej tak nie nazwałam... Popatrzyłam przez chwilę i wyszłam. Zapytałam sąsiadkę, jak żyją ci ludzie, rodzice. Machnęła tylko ręką i powiedziała, że pewnie kiedyś się zapiją. Obiecałam sobie, że już tam nie wrócę, bo nie mam po co. Czasem tylko śni mi się rodzinny dom i przykro mi, że biologiczni rodzice nas nie kochali. Myślę jednak, że babcia wciąż czuwa nad nami i uprosiła w niebie drugą szansę na normalną rodzinę dla nas.
Joanna Karzyńska
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze