Globalne rynki energii nerwowo reagują na sytuację wokół Cieśniny Ormuz – kluczowego punktu dla światowych dostaw ropy i LNG. Gwałtowne wzrosty cen ropy mogą przebijać 100 dolarów za baryłkę, a polskie ceny paliw mogą sięgnąć nawet 7 złotych. Pomimo planowanego wzrostu wydobycia przez OPEC, realna dostępność surowca i bezpieczeństwo transportu pozostają głównymi wyzwaniami. Wzrost wartości złota i dolara pokazuje rosnące obawy inwestorów.
Największe napięcie koncentruje się wokół Cieśniny Ormuz. To właśnie tamtędy — jak podkreślają komentatorzy rynku — przechodzi ogromna część globalnych dostaw, a każdy sygnał o zagrożeniu dla żeglugi działa na ceny jak iskra. Stajniak zwraca uwagę, że jeśli Iran zacząłby atakować tankowce lub doprowadził do blokady szlaku, którym przepływa ok. 20 mln baryłek ropy dziennie oraz znacząca część LNG, notowania surowca mogłyby bardzo szybko przebić poziom 100 dolarów za baryłkę.
W takiej konfiguracji, według analityka XTB, ceny paliw w Polsce mogłyby zbliżyć się do 6,50–7,00 zł za litr. Jednocześnie zastrzega, że nie należy automatycznie zakładać powtórki z 2022 r., gdy po rosyjskiej napaści na Ukrainę ceny potrafiły skakać w okolice 7–8 zł za litr. Różnica — jak wynika z komentarzy rynkowych — polega dziś na tym, że sama zapowiedź zwiększenia wydobycia może nie wystarczyć, jeśli problemem stanie się fizyczna dostępność surowca i bezpieczeństwo transportu.
Pierwsze reakcje rynku były dynamiczne: w relacjach z handlu pojawiały się informacje o silnych wzrostach na otwarciu i szybkim podejściu Brent w okolice 80 dolarów, po czym notowania częściowo oddały zwyżkę. Taki przebieg — skok, a następnie stabilizacja — jest typowy dla sytuacji, w których inwestorzy próbują wycenić nie tyle same wydarzenia, co prawdopodobieństwo ich dalszego rozlania się na transport i podaż.
W tle pojawia się jeszcze jeden element: producenci skupieni w OPEC+ uzgodnili umiarkowany wzrost wydobycia od kwietnia. Dla rynku to sygnał łagodzący, ale tylko do pewnego momentu — bo przy napięciach na szlakach morskich liczy się nie deklarowana podaż, lecz to, czy ropa realnie dociera do odbiorców. W komentarzach cytowanych przez Business Insider zwraca się uwagę, że przy bezpośrednich uderzeniach w regionie ZEA „fizyczna dostępność surowca staje się ważniejsza niż deklaracje kartelu”.
Niepokój widać też na innych rynkach. Stajniak ocenia, że złoto pełni dziś rolę „ostatecznej polisy ubezpieczeniowej”, a w scenariuszu przedłużającego się konfliktu możliwe są dalsze wzrosty. W takich momentach inwestorzy często uciekają w gotówkę, co sprzyja umocnieniu dolara. Jednocześnie analityk wskazuje, że polski złoty może wykazywać względną odporność, choć na początku tygodnia trzeba liczyć się z podwyższoną zmiennością.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze