Reklama

Musiałam polubić ciszę

Dziś wiem, że czas spędzony na północy był mi bardzo potrzebny. Choć życie tam nie zawsze było łatwe, to właśnie tam zaczęłam pisać i znalazłam swoją niszę — opowiadanie o Północy. Ilona Wiśniewska, wybitna reporterka i fotografka od lat dokumentująca życie w Arktyce, spotkała się z czytelnikami w Planecie 11.

— Podobno po pierwszym zetknięciu się z Grenlandią zauważa się ciemność i wszechobecną ciszę. Jak ta cisza nas zmienia?
— Kiedy pojechałam na Grenlandię po raz pierwszy, nie czekała na mnie ciemność, bo tam była już wiosna. Ciemno było w trakcie drugiego wyjazdu, bo wtedy była tam jesień i zima. Była też wspomniana przez ciebie cisza. Pytasz, jaki wywarła na mnie wpływ? Tej ciszy trzeba się nauczyć. Trzeba nauczyć się ją znosić. Tej ciszy uczyłam się na Spitsbergenie, to był mój pierwszy kontakt z daleką północą po wyjeździe z Polski. Zderzenie z ciszą było ciekawe również dla mnie, osoby, która zwykle mówi dużo, a tam mówi się mniej. Nie jest tak, że się jej bałam, ale musiałam ją polubić. Wyjechałam z Wrocławia głośnego, hałaśliwego, a tu nagle po prostu twoim jedynym towarzyszem była ta cisza. Teraz jest dla mnie bardzo ważna.

— Ważna staje się w czasie rozmów z bohaterami twoich książek. W książce „Migot. Z krańca Grenlandii” opisujesz rozmowę z bohaterką - Lone, którą odwiedzasz w domu spokojnej starości w Qaanaaq. Jest tam takie zdanie: „Kiedy zerkam na nią ostatni raz, śpi z otwartymi ustami, papieros dogasa na brzegu popielniczki. Opieram głowę o oparcie fotela i też odpływam. Dni są coraz krótsze, oddech spowalnia przed zimą”. Wychodzi na to, że ta cisza ma niebagatelne znaczenie również w twoich reportażach.
— To jest też coś, czego się uczysz. Na przykład w rozmowie z kimś, kogo nie znasz, gdy przeprowadzasz wywiad, często pojawia się cisza. I wtedy co robisz? Czy pozwalasz jej wybrzmieć, bo być może ta osoba zbiera myśli? Czy próbujesz ją zagłuszyć, bo czujesz się niekomfortowo, gdy zapada cisza? To również jest element nauki. Ja sama cały czas się tego uczę, bo wciąż zdarza mi się przerwać bohaterowi. A czasem warto po prostu pozwolić tej ciszy wybrzmieć – właśnie wtedy rozmówca może powiedzieć coś najciekawszego.

Reklama

— Grenlandczyków, o czym piszesz w swoich reportażach, ukształtował trudny krajobraz, ale przede wszystkim trudne losy.
— Są ukształtowani przez złożoną, często trudną historię. Doświadczyli kolonizacji, a więc również dyskryminacji, poniżenia. Przodkowie Grenlandczyków z północy po II wojnie światowej zostali siłą wysiedleni z miejsca, w którym żyli. Do dziś pozostała w nich niezgoda i żal na to, co się wydarzyło. To bardzo silnie w nich rezonuje i sprawia, że są niezwykle przywiązani do ziemi. Zresztą w ogóle są to ludzie bardzo mocno związani z miejscem, z którego pochodzą. Dla nich przeszłość i przyszłość stanowią jedność. Na przykład wtedy, gdy ktoś przesiedlił ich siłą, musieli zostawić groby swoich przodków. A dla nich było to jak zerwanie całego ciągu — przeszłości i przyszłości. Bardzo często o tym mówili: że musieli zostawić swoich przodków, wiedząc, że już nigdy tam nie wrócą. To jest coś, czego sama się od nich uczę – ogromnego szacunku do ziemi, z której się pochodzi. U nas granice ciągle się zmieniały, ludzie się przemieszczali. A oni nie. Ich przodkowie byli przesiedlani, ale oni sami żyją w tej jednej przestrzeni – i to jest ich dom. Dlatego gdy dziś pojawiają się pomysły aneksji Grenlandii, na przykład jako kolejnego stanu, nie godzą się na to. Wiedzą bowiem, jak to jest żyć pod czyimś panowaniem. To działa na różnych poziomach. Dotyczy także wewnętrznych zmian w samej Grenlandii. Na północy pojawiają się pomysły, by więcej ludzi przenosiło się na południe, bo tam łatwiej zapewnić infrastrukturę i usługi. Oni jednak nie chcą się wyprowadzać. Bronią swojego stylu życia i miejsc pracy właśnie po to, by po raz kolejny nie musieć opuszczać swojej ziemi.

— W pewnym momencie powiedziałaś, że nie będziesz już pisać o Grenlandii.
— Moim zamierzeniem było napisać jedną książkę o Grenlandii. Stało się inaczej, bo po reportażu „Lud” powstał „Migot”. Reportersko było to dla mnie ciekawe miejsce, ale nie jest tym, w którym chciałabym spędzać więcej czasu. Jako reporterka jadę na polowanie na foki, uczestniczę w życiu grup łowieckich, bo to ciekawe, ale zupełnie nie moje. Ja naprawdę nie jem mięsa i jestem zwolenniczką tego, żeby zwierzęta żyły sobie tak długo jak chcą. Pobyt w Grenlandii był dla mnie bardzo ciekawym doświadczeniem, ale nigdy nie traktowałam go jako miejsca, do którego chciałabym wracać na dłużej albo z którym wiązałabym swoją przyszłość. Inaczej było w północnej Norwegii – tam po raz pierwszy pomyślałam, że mogłabym mieszkać. Grenlandia jest dla mnie po prostu zbyt daleko, a nauczenie się języka zajęłoby mi bardzo dużo czasu. To nie jest moja przestrzeń.

Reklama

— To jednak dzięki temu mówi się o tobie – reporterka Północy.
— Tak, dziś wiem, że ten czas na północy był mi bardzo potrzebny. Jestem za niego wdzięczna, choć życie tam nie zawsze było łatwe. To właśnie dzięki temu zaczęłam pisać i znalazłam swoją niszę — opowiadanie o Północy. W dobrym momencie napisałam pierwszą książkę, a potem wszystko potoczyło się dalej. Dlatego mimo różnych ograniczeń, które ma życie na dalekiej północy, wiele jej zawdzięczam – nawet jeśli często z niej wyjeżdżam.

— Tęsknisz za Polską?
— Mam sporo wolności w życiu, więc mogę często przyjeżdżać do Polski. Są takie małe rzeczy, za którymi tęsknię, a nie mam zbyt dużych oczekiwań. To na przykład warzywa rosnące w ogrodach czy śpiew kosa, który budzi cię rano. Na północy śpiewają sikorki, wróble, ale śpiewających gatunków jest bardzo mało.

Reklama

— O czym teraz napiszesz?
— Te tematy same mnie znajdują. Punktem wyjścia do mojego kolejnego tematu będzie latarnia. Zarządzam latarnią morską w Slettnes – najbardziej na północ wysuniętym punkcie Europy. Dokąd ta historia mnie zaprowadzi – tego jeszcze nie wiem. I w pewnym sensie bardzo to lubię. Nie mieć wszystkiego zaplanowanego, nie trzymać się sztywnego schematu, tylko pozwolić, żeby to historia prowadziła. Wtedy często wydarza się coś najciekawszego: spotykamy ludzi, o których wcześniej w ogóle nie myśleliśmy, że znajdą się w książce, a opowieść skręca w zupełnie nieoczekiwanym kierunku. Tematów jest zresztą bardzo dużo, zwłaszcza w obecnej sytuacji geopolitycznej. Jeśli chodzi o reporterskie historie z północy, naprawdę nie brakuje materiału. Ostatnio piszę o masowej turystyce i jej ciemnych stronach na Północy. To już nie tylko temat psów zaprzęgowych. Jest tego o wiele więcej. Są też wieloryby, niszczenie przyrody przez napływ turystów, zadeptywanie delikatnych ekosystemów, a także masowa produkcja łososia. To wszystko są wątki, które aż proszą się o reporterskie opowiedzenie.

— Burzysz obraz Norwegii przyjaznej przyrodzie.
— Norwegia ma bardzo dobry pijar. Zadaniem reportera, a więc moim, jest pokazywać jej prawdziwy obraz. Przy czym nie twierdzę, że ten kraj jest źle urządzony, tylko on naprawdę nie reprezentuje wielkiego szacunku do dzikiej przyrody. Teraz główny nacisk kładzie się na korzyści finansowe – co jeszcze można spieniężyć. Te tereny, kiedyś postrzegane przez ludzi jako przestrzeń natury, dziś są traktowane jako pustkę, którą trzeba zabudować. Norweska miłość do przyrody bywa bardzo wybiórcza. Jeśli można ją spieniężyć — często się to robi. Dzika natura jest tam akceptowana tylko w granicach wyznaczonych przez człowieka.

Reklama

— W ostatniej książce: „Hjem. Na północnych wyspach” podejmujesz temat ptaków, w tym mew, które znikają z północnego krajobrazu. To też najbardziej osobista książka.
— To jest temat, który bardzo mnie wzrusza. W reportażu ważne jest, przynajmniej dla mnie, żeby pisać o tym, co naprawdę porusza reportera, co uruchamia jego empatię. A mnie szczególnie poruszają relacje między ludźmi a dzikimi zwierzętami. Fascynuje mnie to, że bywają od siebie w pewnym sensie zależni, a jednocześnie potrafi się między nimi wytworzyć coś na kształt przyjaźni – opartej na wzajemnym szacunku i poszanowaniu przestrzeni. Mewy są zresztą dość nieoczywistymi bohaterami takich historii. Niewiele osób zaliczyłoby je do ulubionych zwierząt – często traktuje się je trochę jak gołębie. Tym bardziej porusza mnie opowieść o przyjaźni z ptakiem, który zwykle nie znajduje się wysoko na liście tych najbardziej lubianych. W centrum tej historii jest kobieta, która co roku czeka na powracającą mewę. Ten ptak w pewien sposób oswaja jej samotność. Ta historia wydarza się zresztą bardzo blisko mnie, w mieście, w którym mieszkam. I to też wydało mi się ważne: pokazać, że nie trzeba jechać na koniec świata ani na kraniec Arktyki, żeby znaleźć temat na ważny reportaż. Czasem najciekawsze historie dzieją się tuż obok. Na tym etapie życia właśnie taki temat był mi szczególnie bliski.

— A to tytułowe „hjem” oznacza twój dom czy raczej ptaków, o których piszesz?
— Słowo „hjem” jest w kontekście tej książki bardzo pojemne. Po norwesku oznacza ono dom jako miejsce zakorzenienia — siedlisko, a nie sam budynek. W języku polskim mamy tylko jedno słowo – „dom”, dlatego często musimy je doprecyzowywać, mówiąc na przykład o domu rodzinnym czy o miejscu, w którym mieszkamy. W tej książce „hjem” oznacza więc coś więcej. To opowieść o domu dla cudzoziemców, o domu dla ptaków, o miejscu, które daje poczucie przynależności. Mówi też o potrzebie domu, o samotności i o wielu doświadczeniach, które są uniwersalne — zarówno dla ludzi, jak i dla świata przyrody. To opowieść o ludziach mieszkających w mieście na końcu Norwegii. Tam poznałam wielu ludzi podobnych do mnie, cudzoziemców, którzy starają się radzić z tamtejszą rzeczywistością.

Reklama

— To już 16 lat odkąd wyprowadziłaś się na Arktykę. Mieszkałaś na Spitsbergenie, teraz w Tromsø. To musiało cię ukształtować.
— Jasne. Człowiek się bardzo uelastycznia tam, mentalnie też. Masz otwartą głowę, uczysz się nieoceniania niczego. Bycie reporterem wymaga ode mnie tej otwartości, żeby nie oceniać tego, co widzę, żeby nie dziwić się światu. Przy pierwszej książce „Białe. Zimna wyspa Spitsbergen” ja sobie trochę opowiadałam tę rzeczywistość. Nie ma sensu się dziwić, bo to zadziwienie to mierzenie innych naszą miarą. Trzeba mieć otwartą głowę i podążać za tym, co się wydarza – bez poczucia wyższości wobec tych, o których się pisze.

Katarzyna Janków-Mazurkiewicz

Reklama

Ilona Wiśniewska (ur. 1981) to polska reporterka i fotografka specjalizująca się w tematyce arktycznej, od 2010 roku mieszkająca w północnej Norwegii. Znana z reportaży o życiu na Spitsbergenie i Grenlandii, publikowanych m.in. w „Polityce” i „Dużym Formacie”, autorka docenionych książek: „Białe”, „Hen”, „Lud” oraz „Migot”.

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wm.pl




Reklama