W czasie Drugiej Wojny Światowej walczyliśmy jako naród wszędzie, gdzie mogliśmy, i zapłaciliśmy wielką daninę krwi oraz życiem naszych obywateli. Około 6 mln Polaków zginęło lub zostało wymordowanych. Przypomnijmy, że u Brytyjczyków czy Francuzów były to setki tysięcy. I spotkała nas Jałta i oddanie Polski w niewolę sowiecką po wojnie. Alianci zrobili to tak, jakby byli właścicielami Polski, jakbyśmy byli niewolnikami. Wiedząc, co spotykało nas w czasie zaborów od Rosji – nowego naszego protektora, któremu oddano nasz kraj.
Wydawało się, że Donald Trump docenia całą Europę Środkowo-Wschodnią, której możemy być przedstawicielem, bo jesteśmy najwięksi, najbardziej zasobni. Na razie tego docenienia i uznania suwerenności i podmiotowości tych krajów za bardzo nie widać. Owszem, zaproszono nas do G20, ale przecież to żadna łaska, skoro nasza gospodarka wyrosła na tym poziomie.
Postawa Wielkiej Brytanii, Francji, Niemiec wygląda na arogancką i poniżającą nas jako kraj. Nie da się wytłumaczyć tego, że kraj jedyny duży w Europie, graniczący z Ukrainą i Rosją, jest pomijany w tych rozmowach. To rzecz, która nie powinna mieć miejsca.
Osobną sprawą jest postawa Ukrainy, czy może obecnie rządzących Ukrainą. Pomijanie przez nią Polski, która była ich największym sprzymierzeńcem, np. do wejścia do NATO czy UE, to historyczny i strategiczny błąd. I Polacy może w końcu zrozumieją, czy jest rząd PiS-u (prawicy), czy rząd KO (nazwijmy liberalny) — to nie ma znaczenia w ocenie Polski w relacjach międzynarodowych, przynajmniej w Europie.
Te zapewnienia i przechwalanie się Donalda Tuska, jak to on będzie szanowany na arenie międzynarodowej, a jak to Kaczyński nie był, można włożyć między bajki. To oczywista nieprawda. To ci niby przyjaciele polityczni premiera Tuska pomijają go i odsuwają po raz kolejny, tak samo jak robili to z politykami PiS-u. Nic się tu nie zmieniło.
Może Polacy powinni w końcu przejrzeć na oczy? Może w końcu do nich powinno dotrzeć, że najgorsze, co robimy jako naród, to dzielimy się w oparciu o to, jakie stronnictwo w polskiej polityce ma większe uznanie na arenie międzynarodowej. Odpowiedź jest widoczna – żadne.
Czas skończyć dzielić się na tym tle. Ten podział w naszym społeczeństwie jest tylko wykorzystywany cynicznie przez inne kraje i działa na naszą szkodę. To, co może zbudować prestiż i siłę naszego kraju, to mądre rządzenie, które będzie budować jedność Polaków, a nie podział; które będzie budować silną gospodarkę eksportową i bardzo silną armię; które będzie tworzyć przewagi cywilizacyjne w Polsce, a więc wykształcone i zdrowe społeczeństwo, które w końcu poprawi demografię kraju.
To jest wyzwanie dla polityków — tego wymagajmy, a nie wierzmy, że taka czy inna partia ma lepsze relacje z Zachodem. Budujmy swoją realną siłę jako państwo, a nie wierzmy w mrzonki, że ta nasza siła jest na zewnątrz, u innych.
W europejskiej dyplomacji znów zawrzało — i znów bez udziału Polski. Emmanuel Macron ogłasza londyńskie spotkanie z liderami Wielkiej Brytanii, Niemiec oraz Ukrainy, a w Warszawie rozgrywa się znajomy spektakl: zdziwienie, oburzenie i pytania o to, dlaczego nie ma nas przy stole, przy którym zapadają decyzje dotyczące naszego bezpośredniego bezpieczeństwa.
Leszek Miller ujął to wprost: coś złego się dzieje, skoro Polska po raz kolejny zostaje ominięta. Były premier przypomina niedawne majowe zdjęcia Donalda Tuska wśród europejskich liderów — dziś jednak takich fotografii już nie ma. I jego zdaniem nie chodzi o przypadek, ale o sygnał, który powinniśmy umieć odczytać: Polska przestaje być traktowana jako kluczowy partner w rozmowach o przyszłości Ukrainy.
Z drugiej strony Bronisław Komorowski studzi emocje, przekonując, że to nie izolacja, lecz realizm. W Londynie mają spotkać się trzy największe, najsilniejsze państwa Europy — kraje, które najwięcej inwestują w ukraiński wysiłek wojenny i które mają największą sprawczość w polityce globalnej. Polska, mówi Komorowski, jest po prostu słabszym graczem, a polityka międzynarodowa nie jest konkursem życzeń, lecz bezlitosną arytmetyką siły.
To zderzenie dwóch opowieści: jednej o marginalizowaniu Polski, drugiej o konieczności trzeźwej samooceny. Problem polega na tym, że obie mogą być prawdziwe jednocześnie. Bo nawet jeśli — jak twierdzi Komorowski — Polska wciąż jest ważna w regionie i doceniana w NATO, to faktem pozostaje, że nie zasiada tam, gdzie podejmowane są decyzje strategiczne. A skoro nie siedzimy przy stole, to jesteśmy na nim — jako przedmiot rozmów, a nie ich uczestnik.
W czasach, gdy rosyjska agresja nie jest abstrakcją, lecz realnym zagrożeniem, utrata wpływu na kształtowanie europejskiej polityki bezpieczeństwa powinna być dla nas alarmem. Pytanie, które pada z ust Millera — „kto nas chce?” — może brzmieć ostro, ale nie da się go zbyć wzruszeniem ramion.
Polska potrzebuje nie tyle kolejnych dyskusji o „prestiżu”, ile rzeczywistej strategii odbudowy wpływów: aktywności dyplomatycznej, konsekwentnej polityki sojuszniczej i jasnej wizji własnej roli w regionie. Bez tego kolejne szczyty będą odbywać się bez nas — a my będziemy się zadowalać jedynie komentarzami po fakcie, zamiast brać udział w kształtowaniu przyszłości Europy.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze