Dwa, grubo przyprószone pustynnym kurzem samochody osobowo-terenowe marki Honker, przez uchylone stalowe wrota wolno wtoczyły się do wewnątrz umocnień.
„Gravel” – czyli pokruszone w specjalnych młynach kamienie wielkości dużej śliwki, którymi grubo wysypano nawierzchnię w wojskowej bazie – chrzęścił pod oponami, kiedy auta zmierzały na swoje zwyczajowe miejsca postojowe. Już z daleka rzucały się w oczy, królujące na drzwiach pojazdów okrągłe bordowe emblematy, w które wpisano pikującego orła, wyobrażonego na tle białej czaszy spadochronu. Dzięki nim, nawet najbardziej niezorientowany w armijnych meandrach człek mógł wywnioskować, że oto ma przed sobą wojska powietrznodesantowe. Tak było w istocie, bowiem to niewielki pododdział złożony z polskich spadochroniarzy powrócił z patrolu, prowadzonego przez ostatnie dwie doby na terenie świętego miasta szyitów, Karbali. Z kabiny pierwszego Honkera energicznie wyskoczył wysoki żołnierz i – zanim zatrzasnął za sobą drzwi od strony pasażera – rzucił kierowcy zwięzłe komendy: „Zatankujcie auta. Zróbcie porządek na pakach. Zanieście źródła radiostacji do łącznościowców, żeby je naładowali. Uzupełnijcie wodę i żarcie. Po wszystkim, ty mi zamelduj, że gotowe. Aha, dopilnuj dobrze tego drugiego mistrza rajdowego, żeby też zrobił wszystko starannie i dokładnie! Działajcie!”. Pucołowaty, niewysoki komiliton kiwnął głową na znak, że przyjął polecenie, po czym zapytał: „Kapitanie, jak toto wszystko porobimy, to bede mógł iść chrapać, co?”. Oficer uśmiechnął się pod nosem i rzekł: „Tak, wyśpij się dobrze, żebyś – broń Boże – nie schudł!”. Siedzący na wysokim obrotowym fotelu, przyśrubowanym do skrzyni ładunkowej auta, celowniczy karabinu maszynowego zarżał rozkosznie, słysząc te słowa troski o tuszę swego kompana i dorzucił od siebie złośliwie: „Grubasie, do końca misji osiągniesz kształt doskonały – kulę!”. Wysoki spadochroniarz spojrzał na szydercę i, w ramach pracy dowódczo-wychowawczej, polecił mu: „’Kinder’, widzę, że energia cię rozpiera. Dlatego pomożesz kierowcom obsłużyć ich auta!”. Grymas rozbawienia natychmiast zniknął z twarzy pyskatego, rozbisurmanionego wojaka i już chciał replikować, ale spojrzał w oczy kapitana, zobaczył w nich gotowość do spacyfikowania każdego oporu, więc niechętnie wymruczał: „Tajes!”, po czym rozpoczął proces uwalniania swej broni z podtrzymującego ją jarzma. Dowódca odwrócił się na pięcie i wolnym krokiem pomaszerował w kierunku skupiska białych kontenerów mieszkalnych, w których znajdowały się pomieszczenia sztabu batalionu.