Reklama

Wszystko zaczęło się od wrażliwości na naturę

Chciałaby zilustrować książkę, a w przyszłości marzy jej się leśny mural w centrum miasta lub namalowany na przystanku. Jej prace zdobią dziś bibliotekę, współtworzyła leśny kalendarz. O pasji do natury i twórczości opowiada olsztynianka – Katarzyna Kuderska-Kaniuka.

— Od niedawna w Bibliotece Jaroty, czyli filii nr 6 Miejskiej Biblioteki Publicznej w Olsztynie, można oglądać pani prace. To ilustracje, które nawiązują do „Lokomotywy” Juliana Tuwima. Lubi pani ten utwór?
— Wprawdzie temat został mi zaproponowany, ale stworzenie ilustracji do „Lokomotywy” nie było problemem, bo to utwór bardzo bliski mojemu sercu. Mam małe dzieci, więc często do niego wracamy — właściwie za każdym razem odkrywając coś nowego. To taki klasyk, który wszyscy znają. Temat był z jednej strony narzucony, a z drugiej dość konkretnie określony — były wskazane wagony, które musiały się pojawić, więc nie było pełnej dowolności. Bardzo zależało mi jednak na tym, żeby zrobić to „po mojemu”. I mam poczucie, że mimo tych ram udało mi się przemycić w ilustracjach mój styl i wrażliwość. Wyzwaniem była dla mnie sama lokomotywa. Musiałam się trochę doszkolić, sprawdzić, jak wyglądały dawne parowozy, żeby oddać je wiarygodnie. Natomiast zwierzęta to już czysta przyjemność. Bardzo lubię je rysować, więc krowy, konie czy żyrafy były zdecydowanie „moim tematem”. Praca nad tym cyklem sprawiła mi dużo radości i dała dużą satysfakcję.

— Pamięta pani ilustracje, które wpłynęły na pani wyobraźnię najmocniej? 
— Oj tak, bardzo dobrze to pamiętam. Właściwie do dziś te inspiracje są we mnie bardzo żywe. Od dawna moim marzeniem jest zilustrowanie książki, a przynajmniej zaprojektowanie do niej okładki. Jeśli chodzi o twórców, to uwielbiam Tove Jansson i serię o Muminkach. To, że stworzyła ten świat kompleksowo, zarówno tekst, jak i ilustracje, jest dla mnie ogromną inspiracją i pewnym niedoścignionym wzorem. Jej styl jest absolutnie wyjątkowy — trochę tajemniczy, a jednocześnie bardzo kojący. Jest w nim coś, co daje spokój. Ja z kolei bardzo lubię rysować zwierzęta i nadawać im ludzkie cechy, świadomie je antropomorfizuję. Kilka razy usłyszałam, że moje prace kojarzą się z ilustracjami Beatrix Potter, autorki „Piotrusia Królika”. Oczywiście absolutnie się do takich twórców nie porównuję, ale samo to skojarzenie jest dla mnie bardzo miłe. Właśnie takie ilustracje — ciepłe, delikatne, z nutą humoru i zwierzętami o ludzkich cechach, są mi szczególnie bliskie.

Reklama

— A gdyby miała pani wskazać jedną historię albo moment, który ukształtował pani wrażliwość artystyczną, co by to było?
— Myślę, że wszystko zaczęło się od wrażliwości na naturę. To ona jest dla mnie największym źródłem inspiracji — las, zwierzęta, takie zwykłe, ciche momenty. Od zawsze też rysowałam, więc te dwie ścieżki rozwijały się równolegle. Dziś widzę, że mogły się pięknie połączyć — moja wrażliwość na naturę i twórczość, sposób patrzenia i odczuwania. Nie chcę tego oceniać w kategoriach „ładne” czy „nieładne”, ale na pewno jest to spójne i prawdziwe.

— No właśnie, pani pasją jest sztuka, rysowanie, malowanie, ale na co dzień pracuje pani w Lasach Państwowych. Wszystko się łączy. 
— Staram się, żeby w moich pracach jak najczęściej pojawiały się krajobrazy, natura i leśne motywy. To jest mi najbliższe i naturalnie łączy się z tym, czym zajmuję się na co dzień.

Reklama

— I współtworzyła pani także kalendarz dla leśników — to również ciekawy projekt.
— Tak, to kalendarz, który ukazuje się co roku i trafia do pracowników Lasów Państwowych w całej Polsce. W tym roku zostałam zaproszona do stworzenia do niego ilustracji. Tematem były grzyby, więc również bardzo bliskim mi obszarem. Przygotowywanie tych prac sprawiło mi dużo frajdy.

— Która ilustracja z kalendarza jest pani najbliższa i dlaczego?
— Najbliższa jest mi chyba ilustracja ze strony tytułowej — przedstawia ślimaka siedzącego na grzybie. To postać, która miała naprawdę wiele wersji. Pojawiła się już wcześniej w moim portfolio, które przesyłałam jako próbki prac. Najpierw był to ślimak bardziej poważny, później zaczęła powstawać wersja bardziej bajkowa — z muszlą przypominającą domek, z okienkiem, z dymem unoszącym się z komina. Taki sympatyczny, trochę żartobliwy bohater z charakterem. Ostatecznie w kalendarzu znalazła się ilustracja, na której siedzi na grzybie. Myślę, że przez te wszystkie próby jego uchwycenia stał mi się szczególnie bliski.

Reklama

— W pani historii widać dużą konsekwencję w rozwijaniu pasji — kalendarz, ilustracje w bibliotece. Można powiedzieć, że małymi krokami realizuje pani kolejne cele?
— Myślę, że jedno i drugie. Z jednej strony to konsekwencja, ale z drugiej — w życiu dużą rolę odgrywa też przypadek, który czasem nas gdzieś prowadzi. Rysuję i maluję od dziecka, odkąd pamiętam, to zawsze było ze mną. Przez długi czas tworzyłam jednak wyłącznie „do szuflady”. Czasem robiłam coś dla bliskich, ale nigdy nie dzieliłam się tym szerzej. Przełomem był Powiatowy Przegląd Sztuki organizowany przez Gminny Ośrodek Kultury w Dywitach. Kolega namówił mnie, żebym wzięła w nim udział. Nie miałam wtedy nawet gotowej żadnej pracy. W ostatniej chwili zdjęłam obraz ze ściany u osób, które dostały go w prezencie. Był namalowany na zamówienie, właśnie za pośrednictwem wspomnianego kolegi. Nie spodziewałam się zbyt wiele, a dostałam wyróżnienie. To był moment, który dużo zmienił. Pojawiło się zaproszenie na wystawę z okazji 30-lecia Związku Plastyków Warmii i Mazur, i wtedy trochę się przełamałam. Zaczęłam bardziej wierzyć w to, co robię, zobaczyłam, że to trafia do ludzi i sprawia im radość. To dodało mi skrzydeł. Wtedy zdecydowałam się zacząć dzielić moją twórczością szerzej, m.in. w mediach społecznościowych. Dziś widzę, że odbiór jest bardzo dobry i daje mi to ogromną satysfakcję.

— Pracuje pani zawodowo, spełnia się artystycznie. To kwestia dobrej organizacji?
— Maluję wieczorami, nocami, w weekendy. To nie jest łatwe, ale daje mi ogromne wytchnienie i poczucie, że mam swoją własną przestrzeń. Ta droga nauczyła mnie przede wszystkim większej wiary w siebie i dobrej organizacji. A największą nagrodą jest dla mnie moment, kiedy ktoś mówi, że moje prace sprawiają mu radość. Mam też duże wsparcie w rodzinie, szczególnie w mężu Tomaszu — nie mogę o nim nie wspomnieć, bo często to on przejmuje codzienność, kiedy ja mogę skupić się na twórczości. Marzę o zilustrowaniu książki, choć na razie wydaje się to dość odległe. A jeśli kiedyś uda się zaistnieć szerzej w przestrzeni publicznej, na przykład poprzez mural czy inną realizację w przestrzeni miejskiej, byłoby to coś wyjątkowego. Dziś ogromną radością jest dla mnie to, że ktoś ma moją pracę w swoim domu i codziennie na nią patrzy. Wielkim wyróżnieniem jest też obecność moich ilustracji w bibliotece — to naprawdę coś wyjątkowego. A co będzie dalej? Czas pokaże.

Reklama

Katarzyna Janków-Mazurkiewicz
 

 

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 19/04/2026 16:35
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wm.pl




Reklama