Waszyngton sięga po doświadczenia z wojny w Ukrainie. Jak ujawnił w piątek minister sił lądowych USA, Dan Driscoll, Stany Zjednoczone wysłały na Bliski Wschód 10 tysięcy dronów przechwytujących, które wcześniej przeszły test bojowy właśnie na ukraińskim froncie. Ich zadaniem jest wzmocnienie obrony przed atakami ze strony Iranu.
Według informacji przekazanych przez Driscolla – i cytowanych przez agencję Bloomberg – bezzałogowce trafiły do regionu w ekspresowym tempie. Systemy wysłano w ciągu pierwszych pięciu dni operacji wojskowej USA i Izraela przeciwko Iranowi, rozpoczętej 28 lutego.
To kolejny sygnał, że doświadczenia z trwającej od ponad dwóch lat wojny rosyjsko-ukraińskiej zaczynają coraz mocniej wpływać na sposób prowadzenia konfliktów także w innych częściach świata.
Chodzi o systemy Merops – autonomiczne drony przechwytujące wykorzystujące elementy sztucznej inteligencji. Zostały opracowane przez amerykańską firmę Project Eagle, a w 2024 roku trafiły na Ukrainę, gdzie testowano je w warunkach bojowych podczas walk z rosyjską armią.
To właśnie tam miały udowodnić swoją skuteczność w zwalczaniu bezzałogowców przeciwnika – przede wszystkim masowo wykorzystywanych przez Rosję irańskich dronów typu Shahed.
Jak podkreślają amerykańscy wojskowi, zdobyte w Ukrainie doświadczenia okazały się na tyle cenne, że technologia została szybko przeniesiona na inny teatr potencjalnego konfliktu.
Jednym z kluczowych argumentów przemawiających za wykorzystaniem nowych dronów jest koszt walki z tanimi bezzałogowcami.
Według Driscolla pojedynczy Merops kosztuje obecnie około 14–15 tysięcy dolarów, choć przy większych zamówieniach cena może spaść nawet do 3–5 tysięcy dolarów za sztukę.
Dla porównania – irańskie drony Shahed wycenia się na około 20 tysięcy dolarów.
Kontrast staje się jeszcze większy, gdy spojrzeć na tradycyjne systemy obrony powietrznej. Do tej pory USA i Izrael w dużej mierze polegały na systemach takich jak Patriot czy THAAD. Problem polega na tym, że pojedyncza rakieta przechwytująca może kosztować nawet 4 miliony dolarów.
W realiach współczesnych konfliktów, w których przeciwnik potrafi wysyłać setki tanich dronów jednocześnie, takie proporcje zaczynają mieć ogromne znaczenie.
Meropsy nie są jedynym systemem antydronowym wysyłanym przez USA do regionu. Waszyngton przerzuca na Bliski Wschód także inne rozwiązania, w tym drony Coyote oraz system Bumblebee.
Ten ostatni działa w sposób wyjątkowo bezpośredni: wyposażony w ładunek wybuchowy bezzałogowiec dosłownie poluje na drona przeciwnika i niszczy go poprzez zderzenie.
Co ciekawe, Bumblebee również był wcześniej testowany na Ukrainie – choć tam wykorzystywano go przede wszystkim w operacjach ofensywnych.
Rola Ukrainy w globalnym wyścigu technologicznym wokół dronów rośnie z miesiąca na miesiąc. W tym tygodniu prezydent Wołodymyr Zełenski zapowiedział, że ukraińscy specjaliści od zwalczania bezzałogowców będą pracować w Katarze, Zjednoczonych Emiratach Arabskich oraz Arabii Saudyjskiej.
Dzień wcześniej informował, że aż 11 państw zwróciło się do Kijowa z prośbą o wsparcie w budowie systemów obrony przed atakami irańskich dronów. Wśród nich mają znajdować się zarówno sąsiedzi Iranu, jak i państwa europejskie oraz Stany Zjednoczone.
Inaczej sprawę widzi jednak Donald Trump. W piątek prezydent USA stanowczo zaprzeczył doniesieniom, jakoby Ukraina miała pomagać Amerykanom w obronie przed irańskimi dronami.
– Nie, nie potrzebujemy pomocy w obronie przed dronami. Wiemy o dronach więcej niż ktokolwiek inny. Mamy najlepsze drony na świecie – przekonywał.
Jednocześnie fakty pozostają takie, że technologie rozwijane i testowane na ukraińskim froncie coraz częściej trafiają na inne obszary napięć geopolitycznych. A wojna, która miała być konfliktem regionalnym, staje się dziś jednym z najważniejszych laboratoriów współczesnej wojskowości.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze