Na nieco ponad miesiąc przed wyborami parlamentarnymi Budapeszt wygląda jak ogromna przestrzeń politycznej gry. Antyukraińskie i antyunijne plakaty zdobią przystanki, stacje metra i ulice stolicy Węgier, a w centrum uwagi znalazł się prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski. Kampania Viktora Orbana przybiera formę wizualnego ostrzeżenia: dla rządu wyborcy mają zdecydować, czy wolą „pokój i stabilność”, czy „ryzykowną politykę opozycji”.
W Budapeszcie trudno obecnie przejść obok miejskiej przestrzeni komunikacyjnej bez natknięcia się na ogromne bannery propagujące przekaz rządu. Centralną postacią kampanii wizualnej jest prezydent Ukrainy, przedstawiany w ostrych, antyukraińskich kontekstach. Hasła takie jak „Nie pozwólmy, aby to Zełenski śmiał się ostatni” wpisują się w narrację, w której opozycja i Unia Europejska mają rzekomo zagrażać bezpieczeństwu Węgier.
Kampania billboardowa obejmuje również liderów europejskich instytucji – Manfreda Webera i Ursulę von der Leyen – w scenach symbolizujących rzekome naciski UE na wsparcie finansowe i wojskowe Ukrainy. Podpis „Wyślijmy wiadomość do Brukseli. NIE ZAPŁACIMY” ma wzmacniać przesłanie rządu o konieczności obrony węgierskich interesów gospodarczych i suwerenności.
Antyukraińskie hasła nie są przypadkowe. Rząd Orbana od lat utrzymuje napięte relacje z Kijowem, spierając się m.in. o prawa węgierskiej mniejszości na Zakarpaciu, dostawy rosyjskiej energii oraz poziom wsparcia wojskowego i finansowego UE dla Ukrainy. Zdaniem ekspertów, obecna kampania wyborcza wykorzystuje te konflikty do przedstawienia Orbana jako gwaranta stabilności w czasach globalnego chaosu.
– Orban argumentuje, że w obliczu międzynarodowego chaosu to on zapewnia Węgrom bezpieczeństwo i stabilność, utrzymując dobre relacje z przywódcami USA, Rosji i Chin. Przy tym sugeruje, że politycy opozycji, tacy jak Peter Magyar, nie są w stanie sprostać tym wyzwaniom – mówi Gabor Gyori z think tanku Policy Solutions.
Nie wszyscy mieszkańcy Budapesztu patrzą na kampanię z aprobatą. Opozycyjny burmistrz stolicy, Gergely Karacsony, określa działania rządu jako „zdradę nie tylko Ukrainy, ale i węgierskiego interesu narodowego”.
– Mam nadzieję, że historia oceni to jako nieudaną politykę, ale zapamięta też tych, którzy stanęli w obronie tego, co słuszne – dodał.
Opinie mieszkańców są mieszane. Csongor, 35-letni mieszkaniec stolicy, przyznaje, że oglądanie plakatów jest „wstydliwe”, ale zauważa, że społeczeństwo nie jest łatwe do zmanipulowania. 27-letnia Kira dodaje, że choć przekaz jest czasem absurdalny, „trzeba mieć nadzieję, że inni też pozostaną odporni na propagandę”.
Wybory parlamentarne odbędą się 12 kwietnia. Opozycyjna partia TISZA pod przewodnictwem Petera Magyara w sondażach utrzymuje kilku- i kilkunastoprocentową przewagę nad Fideszem. Węgrom przyjdzie wybierać 199 deputowanych do jednoizbowego Zgromadzenia Narodowego, z czego 106 z okręgów jednomandatowych, a 93 z list partyjnych. Kadencja parlamentarzystów trwa cztery lata.
Przestrzeń publiczna Budapesztu w ostatnich tygodniach stała się więc swoistym laboratorium politycznej komunikacji wizualnej, w którym każdy billboard jest próbą wpłynięcia na decyzje wyborcze i postrzeganie rządu Orbana w obliczu kryzysów regionalnych i konfliktu na Ukrainie.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze