Dzieciństwo pani Anny nie było szczęśliwe: nie zaznała miłości biologicznych rodziców, także adopcyjni nie umieli jej obdarzyć rodzicielskimi uczuciami. Babcia była jej opoką i najlepszą przyjaciółką. To ona wspierała młodą dziewczynę we wszystkich dziedzinach życia. To ona błogosławiła jej związek i pomagała wychowywać dzieci. — Dla babci nie musiałam być idealna... Wiele jej zawdzięczam — tłumaczy wzruszona.
Pani Anna ma 45 lat, wspaniałego męża i dwójkę dzieci, które bardzo kocha. Nie wyobraża sobie bez nich życia. Rodzina to dla niej największe szczęście. Wie, jak ważna jest miłość rodziców, bo sama jako dziecko nie zaznała jej.
— Byłam niechcianym dzieckiem. Matka urodziła mnie i zostawiła w szpitalu — opowiada. — Kiedy miałam dwa lata, zostałam adoptowana. Z domu dziecka nic nie pamiętam. Trafiłam do bogatego, wykształconego małżeństwa, które nie mogło mieć dzieci. Wychowywałam się wśród luksusów, jednak bez miłości. W moim domu nigdy nie było radości, okazywania uczuć, a już całkowicie wykluczone było przytulanie się czy śmiech. Rodzice chcieli, abym była ładna, grzeczna, utalentowana i dobrze się uczyła. Pamiętam, że jako mała dziewczynka wiele razy przybiegałam w ogrodzie do mamy z zerwanymi kwiatkami i chciałam jej je wręczyć, przytulić się. Jednak zawsze matka karciła mnie, że zniszczyłam kwiaty i że się ubrudziłam. Kiedy starałam się przytulić, mama sztywniała i odsuwała mnie od siebie. Kiedy wieczorem kładłam się spać, prosiłam, żeby nie gasiła światła, bo się boję, a ona tylko mówiła, że jestem głupiutka, i zamykała drzwi. Zaciskałam wtedy oczy, bo panicznie się bałam ciemności. Nigdy nie pocałowała mnie na dobranoc, nie przeczytała bajki...
Adopcyjni rodzice pani Anny mieli wszystko, o czym można zamarzyć. Do pełni szczęścia brakowało im dziecka. Po wielu latach starań postanowili je adoptować. Jednak nie potrafili pokochać małej dziewczynki, która zjawiła się w ich domu i tak bardzo potrzebowała miłości. Mała Ania ze wszystkich sił przez lata starała się zaskarbić sobie ich uczucie, jednak bezskutecznie.
— Zawsze byłam nie dość dobra, by zasłużyć na ich pochwałę — wspomina. — Długo walczyłam o ich uczucia. Kiedy miałam jakieś 13 lat, usłyszałam rozmowę rodziców, którzy mówili, że mam byle jakie geny. Nie wiem dlaczego tak uważali, bo uczyłam się bardzo dobrze, robiłam wszystko, by byli zadowoleni. Niestety, zawsze coś im się nie podobało... Kiedy przychodzili ich znajomi, musiałam siedzieć w swoim pokoju. Nigdy nie jeździliśmy razem na zakupy, nie chodziliśmy na spacery. Rodzice wracali z pracy i zajmowali się swoimi sprawami. Przy obiedzie pytali, jak jest w szkole, jakie mam oceny i tyle. Czułam się okropnie. Atmosfera w domu była lodowata, a ja starałam się im w niczym nie przeszkadzać, byłam wręcz niewidzialna.
Jedyną osobą, która dla małej Anny była wsparciem i która ją kochała i rozpieszczała, była babcia — matka adopcyjnej matki. Staruszka odwiedzała dziewczynkę, rozmawiała z nią, przytulała. Zabierała na wakacje i ferie do swojego domu.
— To był najwspanialszy czas, jaki był mi dany — mówi pani Anna. — Była najwspanialszą osobą, taką ciepłą i serdeczną. Dzięki babci czułam się szczęśliwa i bezpieczna. To jej zwierzałam się ze wszystkich problemów i rozterek. To jej opowiadałam o pierwszych uczuciach i szkolnych miłościach. Wiedziałam, że zawsze mogę na nią liczyć. Kiedy poznałam swojego męża, to z nią dzieliłam się radością, a kiedy Arek poprosił mnie o rękę, była pierwszą osobą, która się o tym dowiedziała.
Rodzice nie byli zadowoleni, że pani Anna postanowiła wyjść za mąż, bo przyszły zięć był „zwykłym informatykiem”. Nie był to idealny kandydat na męża dla ich córki. Jednak miłość młodych ludzi była bardzo silna i prawdziwa. Pobrali się, a pierwszą osobą, która pobłogosławiła związek, była babcia pani Anny. W ślubnym prezencie młodzi otrzymali klucze do domu babci.
— Zamieszkaliśmy w domu z babcią, bo choć jej dom był mniejszy niż rodziców, znalazło się w nim miejsce dla nas — opowiada pani Anna. — Rodzice przyszli na ślub, jednak widać było, że nie są zadowoleni z nowego członka rodziny i mojej decyzji. Życie z babcią w jednym domu było wspaniałe. Wracaliśmy z pracy i od progu witał nas zapach przygotowanego obiadu. Wspólnie lepiliśmy pierogi, piekliśmy ciasta, a babcia opowiadała nam o swoim życiu. Kiedy dwa lata po ślubie zaszłam w ciążę, radość zagościła w naszym domu. Spędzałyśmy dużo czasu z babcią na rozmowach i zakupach. To babcia rozwiewała moje obawy dotyczące ciąży i wychowania dziecka. Kiedy na świecie pojawił się Adaś, a trzy lata później Weronika, nasze szczęście było ogromne. Maluchy kochały prababcię, a ona dawała im wiele ciepła i miłości. Moi rodzice odwiedzali nas czasem, ale nie mogli przyzwyczaić się do radosnego szczebiotu rozrabiających dzieci.
Babcia pani Anny zachorowała na nowotwór. Cała rodzina walczyła długo o jej zdrowie i życie. Niestety, nie udało się pokonać choroby. Pani Anna była przy niej do końca. Opiekowała się nią, myła, karmiła... Trzymała ją za rękę, kiedy nadszedł czas rozstania.
— Babcia odchodziła szczęśliwa... Mówiła, że o takiej wnuczce zawsze marzyła, że z nami spędziła najpiękniejsze lata swojego życia — mówi pani Anna, nie kryjąc łez. — Dla mnie to był ogromny cios, bo babcia była dla mnie pierwszą osobą, która mnie pokochała ze wszystkimi moimi zaletami i wadami. To ona nauczyła mnie miłości, bo adopcyjni rodzice tego nie potrafili. Dla babci nie musiałam być idealna... Wiele jej zawdzięczam i cieszę się, że pozostało mi wiele pięknych wspomnień. Nie wiem, kim i jaka byłabym, gdyby nie ona. Dziś mam wspaniałą rodzinę, prawie dorosłe dzieci, które są dla mnie niczym skarb. Szanuję swoich adopcyjnych rodziców, bo gdyby mnie nie wzięli z domu dziecka, nie miałabym szansy poznać babci. Jednak wiem, że ani pieniądze, ani wykształcenie nie zastąpią zwykłego, szczerego uczucia, którego każdy z nas potrzebuje, a szczególnie dziecko.
Joanna Karzyńska
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze