Ministerstwo Zdrowia doprecyzowało, kto może wykonywać procedury z zakresu medycyny estetyczno-naprawczej. W praktyce oznacza to rezerwację szeregu popularnych zabiegów dla lekarzy i lekarzy dentystów, ale pod warunkiem spełnienia wymogów kwalifikacyjnych. Komunikat wywołał ostrą reakcję części branży beauty, a eksperci zwracają uwagę, że sama interpretacja może nie zamknąć sporu bez twardych, ustawowych regulacji.
Według stanowiska resortu, procedury medycyny estetyczno-naprawczej mają charakter świadczeń zdrowotnych i są obarczone istotnym ryzykiem powikłań, a nawet zagrożenia życia lub zdrowia. Z tego powodu mają być wykonywane wyłącznie przez osoby z uprawnieniami lekarskimi: lekarzy oraz lekarzy dentystów, przy czym kluczowe ma być także odpowiednie przygotowanie i certyfikacja.
W materiale Medonetu podkreślono, że ministerstwo uznało „medycynę estetyczno-naprawczą” za certyfikowaną umiejętność lekarską (kod 028) i wskazało, że osoby bez wykształcenia medycznego – w tym kosmetolodzy i kosmetyczki – nie mają uprawnień do wykonywania tych procedur nawet wtedy, gdy posiadają certyfikaty z komercyjnych szkoleń.
Wśród przykładów procedur, które mają być zastrzeżone dla lekarzy, wymieniane są m.in. zabiegi iniekcyjne, takie jak podawanie toksyny botulinowej, wypełniaczy czy mezoterapia igłowa, a także procedury z osoczem, fibryną, nićmi czy lipolizą iniekcyjną. W komunikacji pojawiają się również procedury laserowe, w tym wskazania dotyczące laserów medycznych, m.in. tulowego i CO2, oraz szerzej – działania naruszające ciągłość tkanek.
Jednym z najbardziej komentowanych elementów jest kwestia wymogów wobec lekarzy. W relacji Medonetu mowa o konieczności udokumentowania co najmniej pięcioletniego stażu w tym zakresie oraz zaliczenia egzaminu teoretycznego i ustnego, co ma stanowić warunek legalnego wykonywania wskazanych procedur. Intencją ma być maksymalizacja bezpieczeństwa pacjenta, w tym zdolność do rozpoznania problemu, właściwej kwalifikacji i natychmiastowego leczenia ewentualnych powikłań.
Zwracają uwagę głosy, że dokument ministerstwa nie tworzy całkiem nowego porządku, lecz oficjalnie porządkuje i potwierdza określoną wykładnię obowiązujących przepisów. W tej logice, szkolenia i certyfikaty uzyskiwane na rynku komercyjnym przez osoby niebędące lekarzami mogą potwierdzać wyłącznie udział w kursie, ale nie nadawać uprawnień do wykonywania świadczeń uznanych za medyczne.
W tekście Medonetu wyraźnie widać emocje po stronie części środowiska kosmetologicznego. Pojawiają się głosy rozczarowania wśród osób, które inwestowały w wieloletnią edukację i dodatkowe kursy, licząc na możliwość wykonywania bardziej zaawansowanych procedur w ramach salonów. W dyskusji przewija się też argument, że nowe „granice” uderzą w dotychczasowy model biznesowy wielu gabinetów i wymuszą zmianę zakresu usług, współpracy oraz dokumentacji.
Wątek praktycznej egzekucji wraca w kontekście roli Inspekcji Sanitarnej. Główny Inspektor Sanitarny wskazuje, że sanepid koncentruje się na warunkach sanitarno-higienicznych świadczenia usług, a nie na weryfikacji uprawnień do wykonywania czynności medycznych. Jednocześnie, jeśli podczas kontroli inspektorzy natrafią na podejrzenie nieprawidłowości – mają obowiązek przekazać informację właściwym organom. W rozmowie zwrócono też uwagę na luki: brak szczegółowych przepisów regulujących organizację i wyposażenie gabinetów beauty oraz ograniczone narzędzia do planowych kontroli w tym obszarze.
Najostrzejsza krytyka dotyczy formy działania państwa. W ocenie cytowanego w Medonecie prawnika, mamy do czynienia z próbą uporządkowania wielomiliardowej branży nie ustawą, lecz komunikatem administracyjnym, opartym na szerokiej interpretacji pojęcia „świadczenia zdrowotnego”. Wskazywany jest też problem granic definicji: przy bardzo pojemnym rozumieniu „poprawy zdrowia” jako także dobrostanu psychicznego i społecznego, podobne kryteria mogłyby obejmować czynności, które państwo tradycyjnie traktuje jako niemedyczne. Jako przykład przywoływany jest rynek tatuażu oraz doświadczenia Korei Południowej, gdzie restrykcyjny model miał prowadzić do rozrostu podziemia i ostatecznie do zmiany podejścia.
W praktyce komunikat ministerstwa może szybko zmienić rynek: od ofert gabinetów, przez modele współpracy z lekarzami, po sposób dokumentowania i reklamowania usług. Jednocześnie część ekspertów ostrzega, że bez jednoznacznych, ustawowych regulacji temat będzie wracał – zarówno w sporach między środowiskami, jak i w dyskusji o realnym nadzorze nad bezpieczeństwem pacjentów w branży beauty.
red.oprac.al
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze