Jak podaje Wirtualna Polska, za międzynarodową siecią spółek, przez które przechodziły pieniądze na reklamy rzekomo profrekwencyjne, a wpływające m.in. na wybory prezydenckie w Polsce, stoją ludzie powiązani z amerykańską Partią Demokratyczną. „To ekipa ze spółki kontrolowanej przez Amerykanów, którzy pracowali dla Baracka Obamy i Hilary Clinton” - pisze na platformie X Szymon Jadczak.
O rzekomo profrekwencyjnych, a w istocie hejterskich spotach pisaliśmy już wielokrotnie. Podobnie jak o stojącej za nimi Fundacji „Akcja Demokracja”. To za ich sprawą mogliśmy „dowiedzieć się”, że jeśli nie pójdziemy na wybory, to albo przyjdzie Putin i wszystkich nas zje (to samo towarzystwo przez lata lekceważyło zagrożenie ze strony Putina i Rosji, zaś rzekomo prorosyjski PiS od zawsze przed tym zagrożeniem ostrzegał), albo władzę wybierze nam bezzębny, niedomyty facet o wyglądzie „żulika”, rzekomo zasiadający w zarządzie spółki budującej CPK, seniorka z twarzą wykrzywioną nienawiścią, która miota obelgi na temat UE, bo tak jej „ksiądz proboszcz powiedział”, a prezydenta - „przestępcy” (zupełnie „przypadkowo” podobni do polityków opozycji trzymanych w aresztach wydobywczych lub korzystających z azylu na Węgrzech) lub „cwaniaczki” handlujące z Rosją.