Michał Sikorski nie ma gotowej odpowiedzi na pytanie o ostatni moment, w którym śmiał się do łez. Nie dlatego, że śmiechu w jego życiu brakuje. Wręcz przeciwnie. Jako ojciec prawie sześcioletniego syna powodów do rozbawienia dostaje od codzienności aż nadto. I chyba właśnie taki humor ceni najbardziej – nieprzewidywalny, pojawiający się nagle, niemożliwy do zaplanowania przy biurku.
To zresztą sporo mówi o jego podejściu do komedii. Aktor, którego szeroka publiczność pokochała jako księdza Jakuba w „1670”, nie traktuje poczucia humoru wyłącznie jako zawodowego narzędzia. Śmiech jest dla niego także sposobem na zachowanie dystansu. Pomaga nie nadawać każdej sprawie śmiertelnej powagi, przechodzić przez trudniejsze momenty i – jak sam przyznaje – po prostu wygodniej przeżywać życie.
Paradoksalnie właśnie umiejętność niesmiania się stała się ostatnio jednym z jego zawodowych zadań. Sikorski dołączył do uczestników czwartego sezonu programu „LOL. Kto się śmieje ostatni”, gdzie zasady są równie proste, co bezlitosne: trzeba rozbawić innych, samemu nie pozwalając sobie nawet na uśmiech. W gronie takich zawodników jak Tomasz Kot, Tomasz Karolak, Kacper Ruciński, Mariusz Kałamaga czy Ewa Kasprzyk utrzymanie kamiennej twarzy szybko przestaje być drobnym ćwiczeniem z samokontroli.
Sikorski wszedł do programu z przekonaniem, że najskuteczniejszą bronią komika jest zaskoczenie. Problem w tym, że w studiu pełnym ludzi, którzy przez kilka godzin próbują zrobić dokładnie to samo, element niespodzianki staje się towarem deficytowym.
Największym wyzwaniem okazał się dla niego Kacper Ruciński. Sikorski szybko uświadomił sobie, że właściwie nie zna jego uśmiechniętej twarzy. Stand-uper potrafi mówić rzeczy niezwykle zabawne, zachowując przy tym niemal grobową powagę. Rozśmieszenie kogoś, kto sam mistrzowsko operuje kamienną twarzą, stało się więc szczególnie trudnym zadaniem.
Choć każdy z uczestników musiał przygotować własne numery, to nie one okazały się najbardziej niebezpieczne. Kiedy rozpoczynał się zaplanowany występ, pozostali automatycznie stawali się czujni. Wiedzieli, że nadchodzi „atak”, więc łatwiej było im zbudować psychiczną gardę. Znacznie gorzej było pomiędzy przygotowanymi scenami.
Wtedy pojawiała się improwizacja. Jedno przypadkowe zdanie, absurdalna uwaga, reakcja rzucona bez zastanowienia – i nagle cała misternie budowana powaga mogła runąć. Szczególnie skuteczni w takich niespodziewanych akcjach byli, jak wspomina Sikorski, Tomasz Kot i Mariusz Kałamaga.
Sam udział w programie przypominał chwilami próbę oszukania własnego organizmu. Człowiek słyszy coś zabawnego, ciało reaguje automatycznie, a jednocześnie trzeba zachować twarz tak poważną, jakby śmiech był w danym momencie najbardziej niestosowną rzeczą na świecie. Dla aktora jest to doświadczenie o tyle przewrotne, że jego zawód zazwyczaj polega na wydobywaniu emocji, a nie na ich tłumieniu.
Sikorski miał jednak pewien trening. Na planach serialowych nieraz zdarzało mu się grać sceny, podczas których trudno było zachować powagę. Profesjonalizm wymagał wtedy, by mimo rozbawienia wrócić do roli. W „LOL-u” dodatkową przyjemnością okazało się spotkanie artystów, z którymi wcześniej nie miał okazji pracować. Niemal wszyscy chętnie wchodzili w improwizację i akceptowali jej podstawową zasadę: nie blokować cudzych pomysłów.
W efekcie niewinne sytuacje potrafiły rozrastać się w całkowicie absurdalne historie. I właśnie w tej nieprzewidywalności Sikorski odnajduje coś, co w komedii fascynuje go najbardziej.
Poczucie humoru towarzyszyło mu zresztą długo przed aktorstwem. Dorastał wśród ludzi, którzy potrafili żartować, a szczególnie ważną postacią był dla niego ojciec. Później byli koledzy ze szkoły, liceum i studiów. Sam czasami przyjmował rolę klasowego błazna, choć – jak wspomina – zawsze znajdował wokół siebie ludzi jeszcze bardziej skłonnych do przekraczania granic absurdu.
W szkole teatralnej jednym z mistrzów humoru był dla studentów profesor Roman Gancarczyk. Inteligentny, błyskotliwy i obdarzony niezwykłym komediowym temperamentem stał się nawet bohaterem studenckich konkursów na najlepszą parodię. Sikorski nie ma wątpliwości, że kontakt z takimi osobami kształtuje wrażliwość na humor równie mocno jak zawodowa edukacja.
Dawanie ludziom radości od początku było jednym z powodów, dla których Sikorski chciał zostać aktorem. Nie ogranicza tego jednak wyłącznie do śmiechu. Czasami rolą aktora jest rozbawić widza, innym razem dać mu nadzieję, pocieszenie albo emocję, której akurat potrzebuje.
Do komedii ciągnęło go jednak zawsze. W dzieciństwie i młodości jednym z jego aktorskich idoli był Cezary Pazura, którego po latach spotkał na planie „LOL-a”. Inspiracji szukał również w znacznie mniej oczywistych miejscach. Wśród postaci, które szczególnie lubił, wymienia Osła ze „Shreka” i Mike’a Wazowskiego z „Potworów i Spółki”. Bohaterów wyrazistych, szybkich, bezczelnie zabawnych i nieustannie napędzających ekranową energię.
Dziś Sikorski ma poczucie, że dla aktora komedia może znaczyć coś zupełnie innego niż jeszcze kilkanaście lat temu. Przez lata nad gatunkiem ciążyło przekonanie, że kino „poważne” automatycznie oznacza kino bardziej wartościowe, a role dramatyczne są lepszym dowodem aktorskiej klasy. Jego zdaniem ten sposób myślenia wyraźnie się zmienia.
Komedia ponownie stała się pożądana. Powstają produkcje, w których dobrzy aktorzy naprawdę chcą występować, a sukces w tym gatunku nie jest już zawodowym powodem do tłumaczenia się. Sikorski doświadcza tego również osobiście. Po premierze nowych projektów dostaje wiele ciepłych wiadomości od widzów, a kolejne propozycje pozwalają mu wybierać role zamiast przyjmować wszystko, co pojawia się na horyzoncie.
Ryzyko zaszufladkowania oczywiście istnieje. Historia polskiego kina zna wielu aktorów tak silnie kojarzonych z komedią, że publiczność nie zawsze chciała oglądać ich w innym repertuarze. Sikorski patrzy jednak na ten problem z dystansem. Przykłady Cezarego Pazury czy Tomasza Karolaka pokazują przecież również drugą stronę medalu: można stać się częścią historii polskiej komedii i stworzyć role pamiętane przez całe pokolenia.
Ważniejsza od kalkulowania przyszłości wydaje mu się odwaga. Ze szkoły teatralnej wyniósł przekonanie, że jedna z najważniejszych walk w aktorstwie toczy się z lękiem przed kompromitacją. Aktor, który przez cały czas kontroluje, czy przypadkiem nie wygląda głupio, odbiera sobie możliwość prawdziwego ryzyka. Tymczasem właśnie tam, gdzie kończy się nadmierna ostrożność, mogą wydarzyć się rzeczy najbardziej oryginalne.
Ta otwartość nie oznacza jednak, że humor nie ma żadnych granic. Sikorski zgadza się z zasadą, że żartować można właściwie ze wszystkiego, ale stawia jeden warunek: szacunek do drugiego człowieka. Nie interesuje go humor, którego jedynym efektem jest czyjeś upokorzenie. Granica pojawia się tam, gdzie żart zaczyna odbierać komuś komfort i wolność.
Najważniejsza komediowa przygoda Sikorskiego rozpoczęła się właściwie przez przypadek. Casting do „1670” trwał długo, a aktor początkowo wcale nie był brany pod uwagę do roli księdza Jakuba. Po przesłaniu self-tape’a zaproszono go do studia, gdzie próbował swoich sił jako starszy brat Stanisława.
Po kilku scenach padło jednak pytanie: czy ma jeszcze kwadrans?
Miał.
Dostał fragment tekstu innej postaci i kilkanaście minut na przygotowanie. Zagrał księdza Jakuba, a niedługo później zadzwoniła agentka z wiadomością, że dostał rolę. Sikorski musiał jeszcze dopytać, którą właściwie.
Początkowo był przekonany, że ksiądz okaże się postacią drugoplanową, może wręcz epizodyczną. Dopiero po przeczytaniu scenariusza zrozumiał, jaki potencjał dostał do ręki. Tekstów autorstwa Jakuba Rużyłły nie chciał poprawiać – uważał, że działają dokładnie tak, jak powinny. Przestrzeń dla siebie znalazł gdzie indziej: w sposobie mówienia, poruszania się, wyglądzie i całej fizyczności bohatera.
Twórcy pozwolili mu pójść za własną intuicją. Rezultat okazał się jedną z najbardziej charakterystycznych postaci serialu, który niespodziewanie wyrósł na popkulturowy fenomen.
Sukces „1670” zaskoczył zresztą samych aktorów. Ekipa wierzyła w projekt, ale zakładała raczej, że będzie to produkcja dla widzów o określonym poczuciu humoru. Tymczasem Adamczycha i jej mieszkańcy błyskawicznie weszli do języka masowej publiczności.
Drugi sezon powstawał już pod ciężarem oczekiwań. Pojawiło się pytanie, które zna każdy twórca niespodziewanego hitu: czy da się powtórzyć coś, czego sukcesu wcześniej nikt nie planował? Dopiero podczas pracy nad kolejną odsłoną serialu – jak mówi Sikorski – twórcy poczuli większą swobodę. Wiedzieli już, że widzowie ufają temu światu i jego bohaterom. To pozwoliło ponownie zaryzykować i pójść jeszcze dalej.
Dla samego aktora ksiądz Jakub okazał się rolą przełomową także z bardziej praktycznego powodu. Po raz pierwszy dostał możliwość rozwijania jednej postaci przez kilka lat. Jednocześnie sukces serialu otworzył przed nim drzwi do kolejnych komedii.
Dziś propozycji jest na tyle dużo, że może wybierać. Nie wszystkie dotyczą zresztą aktorstwa. Popularność przyniosła również zaproszenia do reklam, udziału w wydarzeniach, a nawet występów na prywatnych ślubach. Niektóre oferty brzmią niemal jak gotowy materiał na komediowy scenariusz – od targów branży funeralnej po wydarzenia związane z lakierami do paznokci.
Sikorski odkrywa też nowe zawodowe przestrzenie. Jako konferansjer prowadził wydarzenia podczas festiwali w Gdyni i Opolu, odnajdując w kontakcie z publicznością inny rodzaj adrenaliny niż ten, który daje plan filmowy.
A jednak gdzieś w tle pozostaje teatr. To właśnie scena w dużej mierze go ukształtowała. Jeszcze jako student trafił do Teatru Polskiego w Poznaniu, gdzie spędził cztery lata i – jak dziś ocenia – nauczył się być może więcej niż podczas samej szkoły teatralnej. Później pojawiła się Warszawa i Teatr Dramatyczny, ale stopniowo coraz więcej miejsca zajmowała kamera.
Za teatrem nadal tęskni, szczególnie za czymś, czego żaden plan filmowy nie jest w stanie w pełni zastąpić: bezpośrednim spotkaniem z człowiekiem.
Na razie jednak to komedia najmocniej wyznacza jego zawodowy rytm. I Sikorski nie wygląda na aktora, który zamierza przed tym uciekać. Być może właśnie dlatego, że nie traktuje śmiechu jako łatwiejszej wersji aktorstwa. W dobrej komedii trzeba mieć wyczucie, inteligencję, odwagę, a czasem także gotowość do kompletnego ośmieszenia się.
Najważniejsze, żeby się tego nie bać.
Michał Sikorski pochodzi z Wadowic i jest absolwentem krakowskiej Akademii Sztuk Teatralnych. Za rolę w filmie „Sonata” otrzymał nagrodę za debiut aktorski na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Ogólnopolską popularność przyniosła mu rola księdza Jakuba w serialu „1670”. Wystąpił również w czwartej edycji programu „LOL. Kto się śmieje ostatni”.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze