Awans przypieczętowany w Gdyni. Reprezentacja Polski zagrała jak drużyna z ambicjami większymi niż tylko kwalifikacje
To nie był wieczór jednego bohatera. To był wieczór zespołu.
Jeszcze dwa dni wcześniej w Rydze wszystko wisiało na włosku. Jordan Loyd rzutem w ostatniej sekundzie uratował Polskę, a razem z Mateuszem Ponitką zdobyli 64 z 84 punktów. Tamto zwycięstwo miało smak ulgi. Rewanż w Gdyni – smak dojrzałości.
Biało-czerwoni pokonali Łotwę 92:72 i zrobili to w stylu, który daje nadzieję, że ta drużyna dopiero się rozpędza. Bez fajerwerków jednego zawodnika. Za to z konsekwencją, dyscypliną i – co najważniejsze – wspólnotą.
Z tą kadrą rzeczywiście trudno się nudzić. Przez ostatnie miesiące przyzwyczaiła nas do meczów na styku, nerwowych końcówek i odrabiania strat z pogranicza sportowego cudu. Wystarczy przypomnieć spotkanie z Holandią – minus 21 punktów w czwartej kwarcie i powrót, który wydawał się niemożliwy.
W Rydze znów było dramatycznie. Tym razem to Polacy prowadzili, by niemal oddać kontrolę w końcówce. Ostatecznie wygrał zimny nadgarstek Loyda.
W Gdyni nie było potrzeby cudów.
Pierwsze minuty ustawiły ton spotkania. Łotysze trafili tylko jedną z siedmiu pierwszych akcji. Polacy – skoncentrowani, agresywni w obronie, cierpliwi w ataku – szybko odskoczyli na 10:2. Czas wzięty przez rywali niewiele zmienił. Po akcji Przemysława Żołnierewicza było już 16:6.
Najważniejsze było jednak coś innego. Punkty przestały być domeną dwóch nazwisk. W pierwszej kwarcie trafiało siedmiu zawodników. Piłka krążyła. Decyzje były szybkie. Każdy wiedział, gdzie ma stać i co zrobić.
Łotysze próbowali odpowiadać rzutami z dystansu – to ich broń – ale tym razem nie była wystarczająco ostra.
Druga kwarta była bardziej szarpana. Więcej walki, mniej płynności. Gdy po akcji 2+1 Jordana Loyda zrobiło się 34:21, wydawało się, że mecz zaczyna się wymykać gościom. Ci odpowiedzieli serią pięciu punktów, a trener Igor Milicić szybko zareagował przerwą.
Był moment niepokoju – trzeci faul Ponitki. W wielu wcześniejszych spotkaniach taka sytuacja oznaczała nerwowe zerkanie na zegar i kalkulowanie minut. Tym razem ktoś inny zrobił krok do przodu. Żołnierewicz, Dominik Olejniczak, później Michał Sokołowski. Po wsadzie Olejniczaka było 47:33, a przed przerwą przewaga urosła do 18 punktów.
To był fragment, w którym Polska pokazała strukturę a nie tylko skutecznosć.
Po zmianie stron tempo wyraźnie spadło. Polacy nie dali się wciągnąć w wymianę ciosów. Grali długo, cierpliwie, czasem aż do granicy 24 sekund. Twarda obrona zabierała Łotyszom komfort.
Przez pierwsze pięć minut trzeciej kwarty obie drużyny zdobyły łącznie zaledwie 12 punktów. To nie był przypadek. To była kontrola.
Kiedy po akcji 2+1 Sokołowskiego przewaga wzrosła do 19 punktów, emocje puściły trenerowi gości. Przewinienie techniczne, pewny rzut osobisty i wynik 70:49 – Gdynia mogła już czuć zapach zwycięstwa.

Koszykówka nie znosi jednak samozadowolenia. W czwartej kwarcie Łotysze ruszyli. W 80 sekund zmniejszyli straty do 12 punktów. Pojawiły się proste błędy, nawet przy wprowadzaniu piłki. Milicić poprosił o czas.
I to był kolejny test dojrzałości.
Polacy uspokoili grę. Wrócili do zasad. W 35. minucie prowadzili 75:61, a choć rywale jeszcze raz spróbowali skrócić dystans, tym razem nie było mowy o dramacie. Końcówka należała do gospodarzy.
Bez pośpiechu. Bez paniki. Z przekonaniem.
Wygrana 92:72 dała Polsce awans do drugiej fazy kwalifikacji mistrzostw świata. Ale być może ważniejsze od samego wyniku było to, w jaki sposób został osiągnięty.
Loyd zdobył 21 punktów, Sokołowski 20, Olejniczak 14. Ponitka tylko 9 – i właśnie to „tylko” mówi najwięcej. Ta drużyna nie musi już czekać na jednego zbawcę.
Jeśli reprezentacja Polski ma iść dalej, potrzebuje dokładnie takich wieczorów: spokojnych, mądrych, zespołowych. Bez fajerwerków, które gasną po chwili. Za to z fundamentem, który zostaje na dłużej. A ten fundament w Gdyni był wyraźnie widoczny.

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze