Sto lat temu w Mediolanie wydarzyło się coś więcej niż premiera opery. Wieczór 25 kwietnia 1926 roku w La Scala zapisał się w historii jako moment, w którym muzyka spotkała się z pamięcią, a scena – z żałobą. „Turandot” Giacomo Puccini nie była zwykłym spektaklem. Była pożegnaniem.
Jeszcze kilka lat wcześniej Puccini pisał w listach, że wszystko, co stworzył dotąd, blednie przy „Turandot”. Kompozytor, który podbił świat „Cyganerią”, „Toską” i „Madame Butterfly”, postawił sobie poprzeczkę najwyżej jak potrafił. Chciał opery monumentalnej – nie tylko pięknej, ale ostatecznej.
Inspirację znalazł w baśniowej sztuce Carlo Gozzi. Historia okrutnej księżniczki, która wystawia swoich zalotników na śmiertelną próbę trzech zagadek, była jednocześnie opowieścią o traumie i zemście. Puccini widział w niej coś więcej niż egzotyczną legendę – dramat ludzkiej psychiki.
Prace ruszyły w 1920 roku. Libretto tworzyli Giuseppe Adami i Renato Simoni. Rok później kompozytor zaczął pisać muzykę. Wkrótce jednak pojawiła się choroba – rak gardła. Mimo bólu nie przestał komponować. Wiedział, że może nie zdążyć. I rzeczywiście – nie zdążył.
Zmarł 29 listopada 1924 roku, zostawiając operę bez finału.
Dokończenie dzieła powierzono Franco Alfano. Premiera została przesunięta – nie tylko z powodów organizacyjnych, ale też dlatego, że nikt nie chciał jej wystawiać bez należnego ciężaru emocjonalnego.
Gdy wreszcie doszło do premiery, publiczność w La Scali nie była zwykłą widownią. To było zgromadzenie świadków.
Za pulpitem dyrygenckim stanął Arturo Toscanini. I to właśnie on wykonał gest, który przeszedł do historii. W momencie, gdy kończyła się muzyka napisana przez Pucciniego – po scenie śmierci Liu – przerwał spektakl. Odwrócił się do widowni i powiedział: „Tutaj kończy się dzieło Mistrza”.
Zapadła cisza.
Dopiero następnego dnia pokazano pełną wersję z zakończeniem Alfana. Ale to nie ona przeszła do legendy – tylko tamten wieczór, niedokończony, zatrzymany w pół zdania.
W tytułowej roli wystąpiła Rosa Raisa – artystka pochodząca z Białegostoku, której głos zachwycił samego Pucciniego. Jej Turandot była jednocześnie lodowata i pełna napięcia. Publiczność reagowała entuzjastycznie, ale cena była wysoka – partia okazała się dla niej wyniszczająca.
Nie bez powodu rolę tę nazywa się „voice killer”. Wymaga nieustannego śpiewania w najwyższych rejestrach, ogromnej siły i precyzji. Birgit Nilsson, jedna z najwybitniejszych interpretatorek Turandot, mówiła wprost: to rola, która może zniszczyć głos, jeśli śpiewak nie ma absolutnej kontroli.
A jednak – właśnie ta ekstremalność przyciąga kolejne pokolenia artystów.
„Turandot” szybko wyszła poza operowe sceny. Aria „Nessun dorma” stała się jednym z najbardziej rozpoznawalnych fragmentów muzyki klasycznej. Gdy w 1990 roku wykonali ją wspólnie Luciano Pavarotti, Plácido Domingo i José Carreras, opera Pucciniego trafiła do globalnej popkultury.
Dziś „Turandot” pozostaje jednym z najczęściej wystawianych tytułów w historii. Reżyserzy wciąż próbują odpowiedzieć na pytanie: czy to tylko baśń, czy może opowieść o relacjach, traumie i przemianie?
W setną rocznicę prapremiery „Turandot” wraca tam, gdzie wszystko się zaczęło – do La Scali. Wśród wykonawców ponownie pojawia się polski akcent. Ewa Płonka wciela się w księżniczkę, nawiązując do dziedzictwa Rosy Raisy sprzed wieku.
To nie jest tylko symboliczny gest. To dowód, że historia zatacza koło – a niedokończone dzieło Pucciniego wciąż żyje, zmienia się i prowokuje.
Bo „Turandot” nigdy nie była operą zamkniętą. Nawet w dniu swojej premiery.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze