Od lat słyszymy, że komedia romantyczna się skończyła. Że świat przestał wierzyć w wielkie uczucia, a historie o przypadkowych spotkaniach, przeznaczeniu i szczęśliwych zakończeniach nie wytrzymują zderzenia z rzeczywistością aplikacji randkowych, ghostingu i relacji bez definicji. A jednak wystarczy jeden dobrze opowiedziany film, by okazało się, że tęsknota za tym gatunkiem wcale nie minęła.
Najlepszym dowodem są „Wiadomości dla Isabelle”, które szybko znalazły się w gronie najchętniej oglądanych produkcji Netflixa. Nie dlatego, że próbują wywrócić gatunek do góry nogami. Wręcz przeciwnie. To film, który nie ucieka od klasycznej formuły, tylko przypomina, dlaczego przez dekady działała tak skutecznie. Nie udaje ironii, nie prowadzi gry z widzem, nie tłumaczy się z romantyzmu. Po prostu opowiada historię o dwojgu ludzi, którzy spotykają się w najmniej oczywistym momencie swojego życia.
Ona nie potrafi pogodzić się ze śmiercią ukochanej siostry i wciąż nagrywa wiadomości głosowe na numer, który kiedyś należał do zmarłej. On przypadkiem staje się właścicielem tego numeru i z czasem zakochuje się w kobiecie, której nigdy nie widział. Brzmi jak fabuła wyjęta z przełomu lat 90. i 2000.? Być może właśnie dlatego działa.
To nie jest tylko sukces jednego filmu. To sygnał, że widzowie nadal chcą historii, które pozwalają na chwilę uwierzyć, że przypadek może odmienić życie, a bliskość nie musi być cyniczną transakcją.
Paradoks współczesnej komedii romantycznej polega na tym, że publiczność wciąż ją ogląda, ale nowe produkcje rzadko zostają z nami na dłużej.
Kilka lat temu wydawało się, że gatunek wraca do łask za sprawą filmu „Tylko nie ty”. Produkcja okazała się ogromnym sukcesem finansowym, wielokrotnie zwracając budżet i rozbudzając nadzieje, że romantyczne kino znów będzie liczyć się w repertuarze kin. Entuzjazm szybko jednak ostygł. O ile widzowie kupili sam pomysł, o tyle sam film trudno uznać za przełom. Powielał schematy, które od dawna wydają się zmęczone – agresywne przekomarzanie bohaterów przedstawiane jako flirt, seksistowskie żarty czy konflikt budowany bardziej na krzyku niż chemii między postaciami.
Podobnych przykładów nie brakowało. Wiele współczesnych komedii romantycznych sprawiało wrażenie, jakby twórcy doskonale pamiętali formułę sprzed dwóch dekad, ale zapomnieli, dlaczego kiedyś działała. Efekt? Filmy oglądane masowo, lecz równie szybko zapominane.
Jednocześnie klasyka gatunku przeżywa drugą młodość. „Masz wiadomość”, „Notting Hill”, „To właśnie miłość” czy filmy o Bridget Jones regularnie wracają do rankingów najczęściej odtwarzanych tytułów na platformach streamingowych. Dla jednych to nostalgia, dla innych pierwsze spotkanie z kinem romantycznym, które nie bało się szczerości.
Może właśnie tego dziś najbardziej brakuje.
Problem nie polega na tym, że komedie romantyczne opowiadają o miłości. Problem zaczyna się wtedy, gdy robią to według zasad sprzed trzydziestu lat.
Wiele klasycznych hitów z dzisiejszej perspektywy budzi uzasadnione wątpliwości. Idealizowały zachowania, które dziś nazwalibyśmy przekraczaniem granic, romantyzowały uporczywość, a czasem wręcz usprawiedliwiały manipulację. Kobiece bohaterki zbyt często definiowano przez pryzmat znalezienia partnera, jakby miłość była jedyną drogą do spełnienia.
„Wiadomości dla Isabelle” unikają tych pułapek. Leah McKendrick doskonale zna reguły klasycznego romcomu, ale świadomie je aktualizuje. Jej bohaterka nie istnieje po to, by odmienić życie mężczyzny. To ona znajduje się w centrum opowieści – ze swoją żałobą, zawodowymi ambicjami, relacjami z bliskimi i próbą odnalezienia siebie po stracie.
Podobnie potraktowany zostaje główny bohater. Gdy orientuje się, że przypadkiem wkroczył w czyjąś prywatność, nie próbuje usprawiedliwiać swoich działań romantycznym hasłem o tym, że „w miłości wszystko wolno”. Wręcz przeciwnie – mierzy się z moralnymi konsekwencjami swoich decyzji.
To drobna zmiana, ale niezwykle znacząca. Pokazuje, że współczesna komedia romantyczna nie musi rezygnować z marzeń o miłości. Wystarczy, że przestanie usprawiedliwiać zachowania, których nie zaakceptowalibyśmy w prawdziwym życiu.
Przez ostatnie lata kino coraz częściej próbowało rozbierać romantyczne schematy na części pierwsze. Filmy takie jak „Najgorszy człowiek na świecie” pokazywały, że miłość nie musi być ostatecznym celem życia, a kobiece bohaterki mają prawo wybierać siebie, nawet jeśli oznacza to rezygnację z klasycznego happy endu.
To ważna zmiana i trudno ją podważać. Współczesne relacje wyglądają inaczej niż dwadzieścia lat temu. Pokolenie dwudziesto- i trzydziestolatków funkcjonuje w świecie, w którym coraz częściej mówi się o situationshipach, ghostingu, gaslightingu czy zmęczeniu aplikacjami randkowymi. Coraz więcej osób doświadcza samotności, mimo że możliwości poznawania nowych ludzi teoretycznie nigdy nie były większe.
Być może właśnie dlatego wracamy do komedii romantycznych.
Nie dlatego, że traktujemy je jak instrukcję życia. Wiemy już, że miłość rzadko wygląda jak w filmach z Meg Ryan czy Julią Roberts. Wiemy, że nie wystarczy jedno przypadkowe spotkanie, by wszystkie problemy zniknęły. Ale to nie realizm jest największą siłą romcomów.
Ich zadaniem zawsze było przypominanie, że mimo rozczarowań warto pozostać otwartym na drugiego człowieka. Że po serii nieudanych randek może wydarzyć się coś dobrego. Że nawet po stracie można jeszcze kogoś spotkać. I że bliskość nadal jest jedną z najważniejszych rzeczy, jakich szukamy.
Być może właśnie dlatego, mimo wszystkich zmian obyczajowych, komedia romantyczna wciąż nie potrafi zniknąć. Zmienia język, bohaterów i punkt widzenia, ale jej podstawowa funkcja pozostaje taka sama jak dwadzieścia czy trzydzieści lat temu. Ma poprawić humor, dać odrobinę nadziei i na dwie godziny pozwolić uwierzyć, że szczęśliwe zakończenia wcale nie muszą być tylko filmową fikcją.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze