Reklama

Wygrałam walkę z rakiem

Najpierw choroba, potem wypadek męża, później kolejna walka o życie. A mimo to mówi jedno: „Rodzina daje mi siłę”. Pani Alina ma dziś 63 lata, wychowała szóstkę dzieci i nadal z optymizmem patrzy w przyszłość.

Na pierwszy rzut oka widać uśmiech. Spokojny, ciepły, taki, który nie znika nawet wtedy, gdy opowiada o najtrudniejszych momentach życia. Pani Alina ma 63 lata i za sobą historię, która mogłaby złamać niejedną osobę. Jej jednak dodała siły.

– Mąż i dzieci są moją siłą napędową – mówi. – To dzięki nim nie poddaję się i mogę spełniać marzenia.

Marzenie o dużej rodzinie

Wyszła za mąż bardzo młodo – miała zaledwie 18 lat. Szybko pojawiły się dzieci. Sześcioro. Każde wyczekane, każde kochane.

Nie pracowała zawodowo. Zajmowała się domem, wychowaniem dzieci, codziennością, która w tak licznej rodzinie nigdy nie jest spokojna.

Reklama

– Przy szóstce dzieci zawsze było co robić – wspomina. – Ale to było piękne. Dom był pełen życia.

Choć nie było luksusów, nie brakowało tego, co najważniejsze. Wspólnych chwil, wartości i bliskości.

– Byłam dumna, kiedy w niedzielę szliśmy razem do kościoła. Dzieci modliły się, starsze czytały Pismo Święte. Dziś widzę, że dobrze je wychowaliśmy – mówi.

Choroba przyszła nagle

Szczęście nie trwało jednak bez przerwy. Pierwszy cios przyszedł, gdy miała 32 lata. Diagnoza: nowotwór.

To był moment, który zmienił wszystko. Walka o zdrowie stała się codziennością.

Reklama

Kiedy udało się ją wygrać, los wystawił rodzinę na kolejną próbę. Jej mąż uległ wypadkowi – złamał nogę i do dziś ma problemy z poruszaniem się.

– Zawsze byliśmy razem. Podejmowaliśmy decyzje wspólnie, wspieraliśmy się – podkreśla.

To właśnie ta jedność okazała się największą siłą.

– Jedno za drugie dałoby się pokroić. I dzieci też. To nas trzymało.

Dom, który stał się miejscem tworzenia

W 1990 roku rodzina wprowadziła się do domu rodziców pani Aliny. Wspólnie go wyremontowali. W piwnicy powstało miejsce szczególne – jej pracownia.

To tam zaczęła wracać do swojej pasji.

Reklama

– Sztuka była ze mną od dziecka. Zawsze rysowałam, tworzyłam, robiłam ozdoby – opowiada.

Dziś spod jej rąk wychodzą dekoracje, ozdoby, kukiełki. Każda dopracowana w najmniejszym szczególe.

– Mogę godzinami pracować nad jedną rzeczą. Lubię, kiedy jest perfekcyjna – przyznaje.

Choć przez lata wychowanie dzieci odsunęło pasję na drugi plan, dziś nie wyobraża sobie życia bez twórczości.

– Sztuka pozwala człowiekowi wyrazić siebie. Bez niej życie byłoby uboższe.

Ogród zamiast egzotycznych podróży

Nie potrzebuje dalekich wyjazdów. Jej miejscem jest ogród.

Reklama

– To mój azyl – mówi.

Tam odpoczywa, czyta książki, obserwuje przyrodę. Lubi ciszę, deszcz za oknem, zmieniające się pory roku.

– Patrzę, jak wszystko budzi się do życia. To daje mi spokój.

W jej pracach często pojawiają się motywy natury i zwierząt. To nie przypadek – to świat, który ją inspiruje.

Powrót choroby i kolejna walka

Po latach wydawało się, że najgorsze już za nią. Jednak po 26 latach choroba wróciła.

To był kolejny sprawdzian.

Znów walka, znów niepewność, znów strach. Ale też – jak wcześniej – ogromne wsparcie rodziny.

Reklama

I znów zwycięstwo.

– Żyję. Jestem z bliskimi. I to jest najważniejsze – mówi z uśmiechem.

„Nie można się poddawać”

Dziś patrzy na życie inaczej. Uważniej. Spokojniej.

– Każdy dzień smakuje inaczej. Cieszę się z drobiazgów – słońca, zapachu kwiatów, zwykłych chwil.

Nie traci czasu na rzeczy, które nie mają znaczenia.

– Nie przejmuję się tym, na co nie mam wpływu. Kolekcjonuję dobre chwile.

Rodzina, wiara, pasja – to trzy filary, które pozwoliły jej przejść przez najtrudniejsze momenty.

– Życie mamy jedno. Trzeba je dobrze wykorzystać – mówi.

Źródło: Joanna Karzyńska
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wm.pl




Reklama