Jeszcze kilka lat temu jego droga mogła potoczyć się zupełnie inaczej. Zamiast gwizdka – dziennik, zamiast stadionów – szkolna sala. Dziś jednak Damian Sylwestrzak jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych polskich sędziów piłkarskich, prowadząc mecze Ekstraklasy i spotkania międzynarodowe jako arbiter FIFA. Choć jego codzienność wypełniają decyzje podejmowane w ułamkach sekund, jest coś, co pozostaje niezmienne – wiara, która towarzyszy mu zarówno w życiu prywatnym, jak i zawodowym.
Zainteresowanie teologią nie było w jego przypadku epizodem ani przypadkiem. To raczej naturalna konsekwencja dziecięcej ciekawości i potrzeby zrozumienia świata głębiej niż tylko powierzchownie. Już jako chłopak angażował się w życie parafii, służąc jako ministrant i spędzając długie godziny przy ołtarzu. Liturgia go fascynowała, porządkowała rzeczywistość, nadawała sens.
Studia teologiczne były więc czymś więcej niż tylko edukacyjnym wyborem – były próbą odpowiedzi na ważne pytania. Przez moment rozważał nawet, czy nie zostać nauczycielem religii. Życie jednak szybko zweryfikowało te plany. Równolegle rozwijała się jego druga pasja – sędziowanie. Zaczynał skromnie, na poziomie lig regionalnych, bez gwarancji, że kiedykolwiek dotrze na najwyższy poziom.
Dziś sam przyznaje, że wiara w taki scenariusz była wtedy niemal szalona. A jednak – to właśnie ona się spełniła.
W świecie, w którym decyzje sędziego są natychmiast oceniane przez tysiące kibiców i analizowane przez ekspertów, chwila ciszy przed meczem ma szczególne znaczenie. Dla Sylwestrzaka to moment skupienia, ale też modlitwy.
Zanim wyjdzie na murawę, znajduje chwilę, by się zatrzymać. Towarzyszy mu niewielki, mocno już zużyty obrazek Jezusa Miłosiernego z napisem „Jezu, ufam Tobie”. Nie wymienia go – zbyt wiele znaczy. To coś więcej niż symbol. To punkt odniesienia.
Kiedy rozbrzmiewa pierwszy gwizdek, wykonuje znak krzyża. Nie jako manifest, ale jako osobisty gest wdzięczności i zawierzenia. Nie modli się o „dobry mecz” w sensie sportowym. Raczej o to, by dobrze wykonać swoją pracę, zachować spokój i uczciwość w decyzjach.
Na boisku nie ma miejsca na długie rozważania moralne. Decyzje zapadają automatycznie, na bazie doświadczenia i znajomości przepisów. Bywają jednak momenty, gdy za decyzją stoi też ludzki wymiar – współczucie dla zawodnika, który musi opuścić boisko, choć nie działał z premedytacją. Emocje są, ale nie mogą wpływać na werdykt.
Bycie sędzią na najwyższym poziomie to nie tylko prestiż, ale i ogromna presja. Krytyka jest nieunikniona – czasem uzasadniona, czasem nie. Sylwestrzak nauczył się z nią żyć, wypracował mechanizmy, które pozwalają mu odciąć się od hałasu trybun. Podczas meczu często po prostu go nie słyszy.
Trudniejsze bywają momenty po spotkaniu. Szczególnie wtedy, gdy kontrowersyjna decyzja staje się tematem medialnych dyskusji. Najbardziej bolą nie tyle komentarze pod jego adresem, co świadomość, że mogą je przeczytać jego najbliżsi – żona i dzieci.
Dlatego tak ważna jest dla niego rodzina. To ona pozwala zachować równowagę. Wspólny spacer, wyjście do kina czy zwykła codzienność pomagają zdjąć z barków ciężar boiska. Choć nie zawsze jest obecny – bo jego praca wymaga częstych wyjazdów – stara się, by czas spędzony razem był naprawdę wartościowy.
W domu nie unika trudnych tematów. Rozmawia z dziećmi także o błędach – swoich i cudzych. Pokazuje im, że porażki są częścią drogi, a nie jej końcem. Że najważniejsze to umieć się podnieść.
Sylwestrzak nie traktuje wiary jako czegoś odświętnego, zarezerwowanego wyłącznie dla niedzieli. To raczej codzienność – obecna w drobnych gestach i rodzinnych zwyczajach. Wspólna modlitwa przed snem, znak krzyża przed posiłkiem czy krótkie zatrzymanie przy mijanym kościele.
Nie ukrywa swoich przekonań, choć zdarzały się sytuacje, gdy ktoś sugerował, by „nie afiszował się” z nimi na boisku. Nie zmieniło to jednak jego postawy. Dla niego wiara nie jest dodatkiem – jest fundamentem.
Często wraca do niej szczególnie w trudnych momentach. Kiedy presja rośnie, a wątpliwości się mnożą, najłatwiej jest mu wejść do kościoła, usiąść w ciszy i uporządkować myśli. Czasem prosi, częściej dziękuje.
Sport – jak sam mówi – uczy pokory. Uczy zarówno wygrywać, jak i przegrywać. A to doświadczenie przekłada się także na życie duchowe.
Gdy na koniec rozmowy pada pytanie o to, kim jest dla niego Bóg, nie waha się długo.
To nadzieja. Spokój. I coś, co nadaje kierunek – nawet wtedy, gdy wokół wszystko dzieje się bardzo szybko.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze