Reklama

Chiński potop zalewa Europę

To nie jest nagły wstrząs, a raczej długie, ciężkie przetaczanie się. Najpierw ciche, niemal niezauważalne. Potem coraz wyraźniejsze. Chiński eksport – wypychany z części rynków przez cła i bariery handlowe – szuka nowego ujścia. I coraz częściej znajduje je w Europie.

Najnowsza analiza ekonomistów Credit Agricole Bank Polska pokazuje, że skala zjawiska rośnie, a lista branż, które mogą odczuć jego skutki, wydłuża się z miesiąca na miesiąc. W tle mamy coś więcej niż tylko statystykę handlową. Mówimy o presji cenowej, marżach ściskanych do granic możliwości i o pytaniu, czy europejski – w tym polski – przemysł zdoła utrzymać swoją pozycję.

Import, który nie jest przypadkiem

Zjawisko określane jako „przekierowanie handlu” nie jest nowe. Jeśli jakiś kraj – na przykład Stany Zjednoczone – podnosi cła na wybrane towary z Chin, chińscy producenci szukają alternatywnych rynków zbytu. Europa, ze swoją skalą i chłonnym popytem, jest naturalnym kandydatem.

Reklama

Ekonomiści wskazują, że właśnie taki mechanizm obserwujemy dziś w UE. Specjalna grupa zadaniowa Komisji Europejskiej monitorująca import notuje największą koncentrację sygnałów ostrzegawczych właśnie w przypadku towarów z Chin. Co to oznacza w praktyce?

Gwałtowny wzrost wolumenu importu – i jednocześnie wyraźne spadki cen.

To kombinacja szczególnie bolesna dla lokalnych producentów. Bo nie chodzi tylko o to, że towarów jest więcej. One są po prostu tańsze.

Branże pod presją. Lista robi się długa

Najbardziej narażone sektory to m.in.:

  • tekstylia, odzież i wyroby skórzane,
  • chemikalia i wyroby chemiczne,
  • urządzenia elektryczne i elektronika,
  • maszyny i urządzenia,
  • wyroby z drewna i papieru,
  • motoryzacja i sprzęt transportowy,
  • część segmentów spożywczych i farmaceutycznych.

Liczba tzw. zagrożonych kodów CN (czyli szczegółowych kategorii towarowych w unijnej klasyfikacji celnej) wzrosła w ciągu miesiąca z 149 do 175. To nie jest kosmetyczna zmiana. To sygnał, że zjawisko obejmuje coraz więcej segmentów rynku.

Reklama

Co pokazują dane? 

Autorzy raportu przygotowali analizę, w której każdą branżę podzielono dodatkowo według przeznaczenia dóbr: konsumpcyjne, pośrednie i inwestycyjne. Następnie sprawdzono dwie rzeczy:

  1. jak szybko rośnie import z Chin,
  2. jak bardzo spadają jego ceny rok do roku.

W uproszczeniu: im szybciej rośnie wolumen i im mocniej spada cena, tym silniejsza presja konkurencyjna.

W wielu segmentach mówimy o dynamikach dwucyfrowych – zarówno po stronie ilości, jak i spadków cen. W najbardziej skrajnych przypadkach – zwłaszcza w dobrach pośrednich wykorzystywanych w przemyśle farmaceutycznym, tekstylnym czy spożywczym – ceny importu spadają o kilkadziesiąt procent, a wolumen rośnie kilkukrotnie względem ubiegłego roku.

Reklama

I to już nie jest zwykła konkurencja, a poważna zmiana warunków gry.

Co to oznacza dla Polski?

Z jednej strony – presję. Z drugiej – paradoksalnie – pewne wsparcie dla konsumentów.

Tańszy import działa dezinflacyjnie. Jeśli komponenty, półprodukty czy dobra finalne trafiają na rynek po niższych cenach, trudniej o silny wzrost cen konsumenckich. Ekonomiści wskazują, że napływ tańszych towarów z Chin może ograniczać dynamikę inflacji bazowej w najbliższych kwartałach.

Ale dla producentów – zwłaszcza tych, którzy sprzedają swoje wyroby w innych krajach UE – sytuacja jest znacznie mniej komfortowa. Jeśli chiński towar wypiera niemieckiego producenta, to cierpi nie tylko on. Cierpią też polskie firmy dostarczające mu komponenty.

Reklama

Polska gospodarka jest silnie wpięta w europejskie łańcuchy dostaw. Utrata zamówień przez niemiecką fabrykę oznacza mniejszy popyt na polskie części, półprodukty czy usługi.

Jak to wygląda w liczbach? Eksport z Polski do UE w ramach zagrożonych kategorii odpowiada dziś za około 2,1 proc. całkowitego polskiego eksportu (ok. 0,9 proc. PKB). To wciąż niewielki udział. Ale kierunek zmian jest istotny.

Waluta jako cichy sojusznik eksportera

Sytuację komplikuje kurs walutowy. Od połowy 2022 r. chiński juan osłabił się wobec euro nominalnie o blisko 20 proc. W ujęciu realnym – po uwzględnieniu inflacji – jeszcze bardziej.

Reklama

Słabsza waluta oznacza dodatkową przewagę cenową dla chińskich eksporterów. Nawet jeśli UE stosuje instrumenty ochrony handlu, efekt kursowy potrafi je częściowo neutralizować.

Jeśli juan będzie się dalej osłabiał, presja może się utrzymać – a nawet nasilić.

Walec czy nowa normalność?

Dziś nie widać jeszcze gwałtownego załamania. Udział zagrożonych kategorii w całym eksporcie Polski i UE pozostaje ograniczony. Ale trend jest czytelny: liczba sektorów pod presją rośnie, ceny importu spadają, a konkurencja się zaostrza.

Można zadac pytanie - które branże poradzą sobie najlepiej ze skutkami przekierowania chińskiego eksportu– a które będą wymagały wsparcia.

Reklama

Chiński walec toczy się konsekwentnie, ale konsekwencja w handlu międzynarodowym bywa czasem groźniejsza niż nagły wstrząs.

 

Źródło: next.gazeta.pl
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wm.pl




Reklama