Jeszcze niedawno politycy Unii Europejskiej przekonywali, że transformacja energetyczna będzie procesem nie tylko koniecznym, ale i stosunkowo łatwym do przeprowadzenia. Zielony Ład przedstawiano jako nieunikniony kierunek rozwoju, który ma zapewnić Europie nowoczesność, bezpieczeństwo i moralną przewagę w globalnej walce o klimat. W tej narracji nie było miejsca na wątpliwości ani na poważną debatę o kosztach i ryzykach. Tymczasem rzeczywistość coraz wyraźniej pokazuje, że był to projekt w dużej mierze oparty na założeniach oderwanych od realiów gospodarczych i geopolitycznych.
Pod koniec marca włoski parlament zatwierdził przepisy pozwalające na utrzymanie elektrowni węglowych aż do 2038 roku. Decyzja, poprzedzona wcześniejszymi zapowiedziami rządu w Rzymie, była elementem szerszej korekty polityki energetycznej państwa. W uzasadnieniu wskazywano jasno: chodzi o bezpieczeństwo dostaw energii i utrzymanie stabilności systemu w czasach rosnącej niepewności. Moment ogłoszenia nie był przypadkowy. Zbiegł się z napięciami wokół Cieśniny Ormuz, które ponownie uświadomiły Europie, jak bardzo uzależniona jest od globalnych szlaków transportu surowców.
To właśnie od tej decyzji zaczyna się pęknięcie w dotychczasowej narracji klimatycznej Unii Europejskiej Włosi nie tylko odłożyli w czasie odejście od węgla, ale zrobili to w sposób otwarty, stawiając pod znakiem zapytania sens bezwarunkowego trzymania się harmonogramów wyznaczonych w Brukseli. W praktyce pokazali, że w sytuacji kryzysowej priorytety ulegają zmianie, a bezpieczeństwo energetyczne zaczyna dominować nad politycznymi deklaracjami.
Jeszcze niedawno Zielony Ład przedstawiano jako projekt niepodlegający negocjacjom. Transformacja miała być szybka, zdecydowana i jednolita dla całej wspólnoty. Tymczasem włoski przypadek pokazuje, że taka wizja coraz mniej przystaje do rzeczywistości. Energetyka nie jest bowiem abstrakcyjnym polem do realizacji ambitnych koncepcji, lecz systemem, który musi działać nieprzerwanie – niezależnie od pogody, sytuacji międzynarodowej czy politycznych planów.
W świecie narastających napięć geopolitycznych stabilność staje się wartością nadrzędną. Zakłócenia dostaw ropy czy gazu, nawet chwilowe, potrafią wywołać efekt domina w całych gospodarkach. W takich warunkach powrót do węgla nie jest wyrazem nostalgii za przeszłością, lecz próbą zabezpieczenia przyszłości. To surowiec przewidywalny, możliwy do magazynowania i – co kluczowe – niezależny od kaprysów rynku międzynarodowego w takim stopniu jak gaz czy ropa.
Problem polega na tym, że polityka klimatyczna Unii Europejskiej w obecnym kształcie nie uwzględnia w wystarczającym stopniu takich scenariuszy. Opiera się na założeniu stabilności, której coraz wyraźniej brakuje. Presja regulacyjna i ambitne cele redukcji emisji nie idą w parze z realnymi możliwościami szybkiej przebudowy systemów energetycznych. W efekcie państwa stają przed wyborem: trzymać się wytycznych albo zadbać o własne bezpieczeństwo.
Włochy wybrały to drugie. I trudno uznać tę decyzję za odosobniony przypadek. To raczej zapowiedź szerszego trendu, w którym kolejne kraje będą stopniowo rewidować tempo transformacji. Nie oznacza to odrzucenia celów klimatycznych, lecz ich podporządkowanie realiom. Transformacja, która prowadzi do destabilizacji systemu, przestaje być rozwiązaniem, a staje się źródłem problemów.
Europejska polityka energetyczna znalazła się więc w punkcie zwrotnym. Dotychczasowa narracja, oparta na przekonaniu o możliwości szybkiego i bezbolesnego odejścia od paliw kopalnych, zaczyna się kruszyć pod naporem faktów. Decyzja Włoch jest jednym z pierwszych wyraźnych sygnałów tego procesu. Pokazuje, że w świecie niepewności i napięć geopolitycznych powrót do pragmatyzmu nie jest wyborem politycznym, lecz koniecznością.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze