Zapowiadana „nowa jakość” na polskiej kolei zamieniła się w serię korekt rozkładu, odwołań i tarć między przewoźnikami. W centrum sporu znalazł się czeski RegioJet, który nie uruchomił części planowanych połączeń, oraz państwowe spółki kolejowe, które – w ocenie krytyków – reagują w sposób podsycający chaos. Efekt ma odczuwać nie tylko pasażer RegioJeta, ale też podróżni pociągów regionalnych i dalekobieżnych, bo w rozkładach pojawiają się kursy „na papierze”, a realny ruch układa się inaczej niż plan.
RegioJet planował wejście z pełniejszą ofertą w rozkładzie 2025/2026, ale przed startem znacząco ograniczył liczbę uruchamianych kursów. Skala zmian była na tyle duża, że sprawą zajęły się instytucje nadzorujące rynek, a część tras w praktyce przejęły inne pociągi, by utrzymać dostępność połączeń dla pasażerów.
Urząd Transportu Kolejowego informował, że wszczął z urzędu postępowanie administracyjne dotyczące niewywiązania się przez przewoźnika z obowiązku realizacji przewozów w zakresie podanym do publicznej wiadomości od 14 grudnia 2025 roku. W komunikacie wskazano, że chodziło o konkretne połączenia na trasach m.in. Kraków – Warszawa – Gdynia oraz Warszawa – Poznań.
Najgłośniej wybrzmiewa problem rozkładowych slotów dla pociągów, które w praktyce nie jadą, a mimo to „ustawiają” ruch innych składów. W opisywanych przypadkach pociągi regionalne potrafią czekać na przejazd konkurencyjnych kursów wpisanych do rozkładu, choć jeden z nich nie pojawia się na torach. Jako przykład podawano wydłużone postoje pociągu regionalnego w Pruszczu Gdańskim, wynikające z konieczności przepuszczenia pociągów dalekobieżnych – w tym tego, którego faktycznie nie było.
Równolegle trwa spór o to, kto i na jakich zasadach powinien korzystać z najbardziej obciążonych odcinków. RegioJet publicznie krytykował decyzje dotyczące przepustowości i utraty części możliwości uruchomienia połączeń, wskazując na ryzyko wypychania z rynku. Z kolei przedstawiciele PKP Intercity argumentowali, że przejęcie części tras miało zabezpieczyć pasażerów po tym, jak konkurent nie uruchomił zapowiadanych kursów.
W tej historii nie chodzi wyłącznie o wizerunkową porażkę jednego przewoźnika. Gdy rozkład jazdy zawiera połączenia, które ostatecznie nie ruszają, skutki rozlewają się po siatce kolejowej: rośnie ryzyko opóźnień wtórnych, trudniej planować przesiadki, a pasażerowie dostają sprzeczne sygnały, co realnie pojedzie. Sytuację komplikują też remonty i ograniczona przepustowość sieci, które w zimowym sezonie jeszcze bardziej zmniejszają margines błędu w planowaniu.
RegioJet przyznawał, że część problemów wynika m.in. z wolniejszej rekrutacji i opóźnień w budowie zaplecza technicznego, a jednocześnie deklarował, że pracuje nad uruchamianiem kolejnych połączeń. Równolegle rynek czeka na to, czy planowanie tras i rozkładów zostanie tak uporządkowane, by „papierowe” kursy nie blokowały realnych przejazdów. W tle pozostaje najważniejsze pytanie: czy konkurencja na torach przełoży się na stabilniejszą ofertę i przewidywalność, czy – przynajmniej na razie – będzie przede wszystkim źródłem nerwowych zmian i dezorientacji podróżnych.
red.
oprac.al
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze