Amerykański resort sprawiedliwości bierze pod lupę programy pomocy finansowej działające na Uniwersytecie Harvarda. Federalni urzędnicy chcą sprawdzić, czy część środków trafiających do studentów nie jest przyznawana według kryteriów, które mogą prowadzić do dyskryminacji. W centrum zainteresowania znalazły się programy powiązane z Chinami.
Harvard zdecydowanie odrzuca te zarzuty. Władze jednej z najbardziej prestiżowych uczelni świata przekonują, że nie stosują niedozwolonych kryteriów przy przyznawaniu wsparcia finansowego. To jednak kolejna odsłona coraz ostrzejszego sporu pomiędzy uniwersytetem a administracją prezydenta Donalda Trumpa.
Wątpliwości amerykańskiego ministerstwa sprawiedliwości dotyczą przede wszystkim zasad, na jakich przyznawane jest wsparcie finansowe studentom zagranicznym. Według resortu istnieje podejrzenie, że Harvard może otrzymywać środki obwarowane warunkami dotyczącymi tego, kto może z nich skorzystać.
– Wygląda na to, że Harvard przyjmuje środki i – stosując się do narzuconych ograniczeń – udziela pomocy finansowej studentom zagranicznym, prawdopodobnie z Chin, w oparciu o ich narodowość – przekazał resort sprawiedliwości.
Zdaniem urzędników takie rozwiązanie mogłoby działać na niekorzyść innych studentów, w tym obywateli Stanów Zjednoczonych. Sprawą zajmie się wydział praw obywatelskich ministerstwa, który ma zbadać, czy praktyki uczelni są zgodne z obowiązującymi przepisami.
Kontrola ma w szczególności odpowiedzieć na pytanie, czy programy pomocy finansowej powiązane z Chinami nie wykluczają amerykańskich studentów ze względu na ich obywatelstwo lub pochodzenie.
Władze uniwersytetu nie zgadzają się z sugestiami administracji. Harvard zapewnia, że przy przyznawaniu pomocy finansowej nie stosuje „bezprawnej dyskryminacji ze względu na rasę, pochodzenie etniczne czy narodowość”.
Sprawa dotyka jednocześnie szerszego problemu zagranicznego finansowania amerykańskich uczelni. Zgodnie z prawem uniwersytety w USA mają obowiązek zgłaszania darowizn pochodzących z zagranicy, jeśli ich wartość przekracza 250 tys. dolarów rocznie. Harvard utrzymuje, że wymagane informacje przekazuje władzom od dziesięcioleci.
Samo dochodzenie nie przesądza jeszcze, że uczelnia dopuściła się naruszenia prawa. Pokazuje jednak, że presja administracji federalnej na Harvard nie słabnie, a kolejne obszary działalności uniwersytetu trafiają pod lupę władz.
Spór o programy pomocy finansowej jest kolejnym rozdziałem znacznie większego konfliktu. Administracja Donalda Trumpa już wcześniej groziła Harvardowi ograniczeniem lub wstrzymaniem finansowania federalnego. Zastrzeżenia władz dotyczyły między innymi reakcji uczelni na protesty przeciwko działaniom Izraela w Strefie Gazy, programów związanych z różnorodnością, polityki wobec osób transpłciowych oraz inicjatyw klimatycznych.
Harvard przekonuje natomiast, że działania administracji mają charakter odwetowy i są konsekwencją odmowy podporządkowania uczelni politycznym oczekiwaniom władz. Uniwersytet przedstawia konflikt jako spór o zachowanie swojej niezależności oraz praw gwarantowanych przez konstytucję.
Krytycy działań administracji Trumpa ostrzegają z kolei, że presja wywierana na uczelnie może uderzać w wolność akademicką, swobodę wypowiedzi i prawo do rzetelnego postępowania.
Konflikt już wcześniej trafił na drogę sądową. W czerwcu federalny sędzia zablokował plan administracji, który miał uniemożliwić cudzoziemcom przyjazd do Stanów Zjednoczonych w celu rozpoczęcia studiów na Harvardzie.
Teraz do listy spornych kwestii dochodzą pieniądze przeznaczone dla studentów i pytanie o to, czy zagraniczne źródła finansowania mogą wpływać na zasady ich przyznawania. Odpowiedzi ma przynieść dochodzenie prowadzone przez amerykański resort sprawiedliwości.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze