Jeszcze kilka lat temu trudno byłoby sobie wyobrazić, że przedstawiciel polskiego rządu publicznie porówna UPA do Żołnierzy Niezłomnych. Dziś takie słowa padają już bez większych zahamowań — i to z ust wiceministra nauki oraz szkolnictwa wyższego Andrzeja Szeptyckiego. W rozmowie na antenie TOK FM polityk próbował tłumaczyć fenomen UPA jako elementu ukraińskiej tożsamości narodowej, określając członków tej formacji mianem „trochę ukraińskich Żołnierzy Niezłomnych”.
W Polsce wywołało to prawdziwe oburzenie. Trudno bowiem przejść obojętnie wobec prób relatywizowania organizacji odpowiedzialnej za Rzeź Wołyńską — ludobójstwo dokonane na dziesiątkach tysięcy Polaków.
Cała sprawa nabrała jeszcze większego znaczenia po decyzji prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego o nadaniu jednej z ważnych jednostek wojskowych imienia „bohaterów UPA”. W odpowiedzi prezydent Karol Nawrocki zdecydował o odebraniu Zełenskiemu Orderu Orła Białego. Ten gest spotkał się z aprobatą wielu środowisk politycznych i społecznych w Polsce. Jednak równolegle pojawiły się głosy próbujące tłumaczyć ukraińską narrację historyczną — nawet kosztem pamięci polskich ofiar.
Najbardziej zaskakujący fragment rozmowy w TOK FM dotyczył rzekomego „kolonialnego” charakteru relacji polsko-ukraińskich. Jacek Żakowski i Andrzej Szeptycki snuli rozważania o historycznych kompleksach, przywołując przy tym literackie postacie Robinsona Crusoe i Piętaszka.
Według wiceministra Polacy przez lata mieli patrzeć na Ukrainę z poczuciem wyższości, ponieważ po 1989 roku rozwijali się szybciej gospodarczo i cywilizacyjnie. Jak stwierdził Szeptycki, taka postawa miała prowokować ostrą reakcję „Piętaszka”, czyli Ukrainy.
Problem polega jednak na tym, że tego rodzaju narracja prowadzi do niebezpiecznego rozmywania odpowiedzialności za historyczne zbrodnie. Trudno bowiem mówić o „reakcji na kolonializm”, gdy przedmiotem dyskusji jest ludobójstwo dokonane na bezbronnej ludności cywilnej.
Jeszcze bardziej absurdalnie brzmiały historyczne wywody prowadzących rozmowę. Padały odniesienia do hajdamaków, koliszczyzny, rzezi humańskiej czy „pacyfikacji Wołynia przez polską husarię”. Wszystko wymieszane w jeden publicystyczny chaos, bez elementarnej precyzji historycznej. Co znamienne — zabrakło przypomnienia, że podczas koliszczyzny wymordowano tysiące Polaków i Żydów.
Prawdziwy szok przyszedł jednak chwilę później. Andrzej Szeptycki przekonywał, że UPA była dla Ukraińców symbolem walki o niepodległość, przede wszystkim przeciwko Sowietom. To właśnie w tym kontekście padły słowa o „ukraińskich Żołnierzach Niezłomnych”.
To porównanie trudno uznać za przypadkowe. W polskiej pamięci Żołnierze Wyklęci pozostają symbolem oporu wobec komunistycznego terroru. Zestawienie ich z organizacją odpowiedzialną za masowe mordy na Polakach musi więc budzić ogromne emocje.
Szeptycki powoływał się przy tym na historyka Grzegorza Motykę, przypominając, że pojedyncze oddziały UPA działały jeszcze długo po wojnie. Tyle że długość walki czy determinacja nie mogą automatycznie stawać się moralnym usprawiedliwieniem dla wszystkiego, czego dopuściła się dana formacja.
W całej tej narracji zabrakło jednej podstawowej rzeczy — jasnego nazwania zbrodni po imieniu. Bo choć UPA walczyła z Sowietami, to równocześnie dokonała masowej eksterminacji polskiej ludności na Wołyniu i w Galicji Wschodniej. I właśnie ten fakt pozostaje dla Polaków fundamentalny.
Dzisiejsza Ukraina ma pełne prawo budować własną tożsamość narodową i szukać bohaterów walki o niepodległość. Problem zaczyna się jednak wtedy, gdy częścią tej polityki historycznej stają się osoby i organizacje odpowiedzialne za ludobójstwo.
Jeszcze bardziej niepokojące jest to, że podobne narracje zaczynają pojawiać się także w Polsce — i to w wykonaniu przedstawicieli rządu. Próby tłumaczenia UPA poprzez „postkolonialne kompleksy”, historyczne resentymenty czy metafory rodem z literatury przygodowej mogą zostać odebrane jako relatywizowanie zbrodni wołyńskiej.
Polacy od początku rosyjskiej agresji okazali Ukrainie gigantyczne wsparcie — militarne, polityczne i społeczne. Tym bardziej wielu obywateli nie rozumie, dlaczego władze w Kijowie konsekwentnie wracają do symboliki, która w Polsce budzi jednoznacznie tragiczne skojarzenia.
Bo pojednanie między narodami można budować wyłącznie na prawdzie. A prawda o Wołyniu nie może być rozmywana politycznymi kalkulacjami ani publicystycznymi eksperymentami.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze