Reklama

Brexit miał być końcem Farage’a. Dziś wraca silniejszy niż kiedykolwiek?

Dziesięć lat po referendum brexitowym brytyjska polityka zatoczyła zaskakujące koło. Nigel Farage – człowiek, który przez lata był symbolem antyunijnego buntu – ponownie stał się największym wygranym wyborów. Tym razem nie chodzi jednak wyłącznie o Brexit. Coraz więcej Brytyjczyków daje do zrozumienia, że przestało wierzyć zarówno konserwatystom, jak i laburzystom. A kiedy społeczeństwo traci cierpliwość do całego systemu, politycy pokroju Farage’a odzyskują siłę.

Czwartkowe wybory lokalne były dla rządzącej Partii Pracy brutalnym sygnałem ostrzegawczym. Ugrupowanie premiera Keira Starmera traci setki mandatów, mimo że jeszcze kilka miesięcy temu wydawało się politycznie nietykalne po ogromnym zwycięstwie parlamentarnym. Sam Starmer został zmuszony do publicznych deklaracji, że nie zamierza podawać się do dymisji.

– Biorę odpowiedzialność za wynik, ale nie odejdę. Zostałem wybrany po to, by przeprowadzić zmiany – przekonywał premier, próbując uspokoić coraz bardziej nerwowe szeregi własnej partii.

Reklama

Tyle że problem brytyjskich elit polega dziś na czymś znacznie poważniejszym niż pojedyncza wyborcza porażka. Coraz większa część społeczeństwa uważa, że państwo po prostu przestało działać.

Farage znów wykorzystuje gniew Brytyjczyków

Partia Reform UK, stworzona przez Farage’a, może przejąć nawet jedną trzecią wszystkich mandatów w lokalnych samorządach. To wynik, który jeszcze niedawno wydawał się nierealny. Tym bardziej że sam Brexit – sztandarowy projekt Farage’a – wielu Brytyjczyków uważa dziś za historyczny błąd.

Według badań YouGov aż 56 proc. mieszkańców Zjednoczonego Królestwa twierdzi, że wyjście z Unii Europejskiej było pomyłką. Zwolenników Brexitu pozostało już tylko około jednej trzeciej. Teoretycznie polityk odpowiedzialny za tę decyzję powinien więc zniknąć z pierwszej ligi. Stało się odwrotnie.

Reklama

Farage wrócił, bo jego wyborcy nie głosują dziś wyłącznie za konkretnym programem. Głosują przeciwko całemu establishmentowi. Eksperci zwracają uwagę, że jedynie niewielka część sympatyków Reform UK to twardy elektorat nacjonalistyczny czy radykalny. Większość chce po prostu „wywrócić stolik”.

To już trzeci taki bunt w ciągu dekady. Najpierw był Brexit. Później Boris Johnson, który obiecywał definitywne zerwanie z unijnym porządkiem i narodowe odrodzenie. Dziś podobne emocje przejmuje Farage.

Najmocniej widać to w północnej Anglii – w dawnych przemysłowych regionach, które od lat pogrążają się w stagnacji. Tam wyborcy coraz częściej uznają, że tradycyjne partie nie mają im już nic do zaoferowania.

Reklama

Brexit nie przyniósł obiecanego przełomu

Problem polega na tym, że żadna z politycznych rewolucji ostatnich lat nie spełniła oczekiwań Brytyjczyków.

Boris Johnson miał odbudować potęgę kraju po Brexicie. Zamiast tego jego rządy kojarzą się dziś głównie z chaosem, skandalami i niespełnionymi obietnicami. Wielka Brytania nie wyrwała się z gospodarczego marazmu – przeciwnie, wielu ekonomistów uważa, że Brexit jeszcze bardziej osłabił brytyjską gospodarkę.

Nie udało się również ograniczyć migracji, która była jednym z głównych haseł zwolenników wyjścia z UE. Bilans migracyjny w pewnym momencie zbliżył się do miliona osób rocznie.

Reklama

Keir Starmer częściowo opanował ten problem. Według prognoz po raz pierwszy od ponad trzech dekad liczba osób opuszczających Wielką Brytanię może być wyższa niż liczba nowych imigrantów. To polityczny sukces, którego konserwatyści nie potrafili osiągnąć przez lata.

Ale na tym kończą się dobre wiadomości dla laburzystów.

Brytyjska gospodarka praktycznie stoi w miejscu. Wzrost PKB ma w tym roku wynieść zaledwie 0,8 proc. Coraz częściej pojawiają się też analizy sugerujące, że pod względem dochodu na mieszkańca Polska może w ciągu kilku lat dogonić, a nawet wyprzedzić Wielką Brytanię.

Reklama

Starmerowi szkodzi również wizerunek polityka technokratycznego i pozbawionego charyzmy. Dodatkowo opinię publiczną mocno uderzyły informacje o relacjach Jeffreya Epsteina z Peterem Mandelsonem – jednym z najważniejszych ludzi brytyjskiej lewicy i ambasadorem w USA nominowanym przez obecny rząd.

Kończy się epoka dwóch wielkich partii

Najciekawsze w brytyjskich wyborach lokalnych może być jednak coś jeszcze: coraz wyraźniejszy rozpad systemu, który przez dekady opierał się na dominacji dwóch ugrupowań.

Jeszcze niedawno Partia Konserwatywna i Partia Pracy praktycznie monopolizowały brytyjską politykę. Dziś ten model rozpada się na oczach wyborców.

Reklama

Reform UK może liczyć już na około 25 proc. poparcia i jest obecnie najpopularniejszą partią na Wyspach. Ale bunt przeciwko establishmentowi nie płynie wyłącznie z prawej strony.

Ogromnie rosną również Zieloni, którzy mają już niemal takie samo poparcie jak laburzyści i konserwatyści. Silną pozycję utrzymują także Liberalni Demokraci.

Brytyjczycy wydają się zmęczeni nie tylko konkretnymi politykami, ale całym dotychczasowym porządkiem. To właśnie dlatego Farage – mimo politycznych porażek, kontrowersji i Brexitu, którego wielu dziś żałuje – znów stał się symbolem politycznej zmiany.

Reklama

I być może największym paradoksem brytyjskiej polityki jest dziś to, że człowiek odpowiedzialny za największy polityczny eksperyment ostatnich dekad ponownie przekonuje wyborców, że tylko on może wszystko zmienić.

Źródło: rp.pl
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wm.pl




Reklama