Reklama

Burza wokół słów o UPA. Przydacz domaga się dymisji wiceministra

Wypowiedź wiceministra nauki Andrzeja Szeptyckiego o Ukraińskiej Powstańczej Armii wywołała polityczną burzę. Marcin Przydacz z kancelarii prezydenta nie zostawił na nim suchej nitki i zażądał natychmiastowej dymisji. Sprawa błyskawicznie przerodziła się w kolejny punkt zapalny w relacjach polsko-ukraińskich, szczególnie w cieniu wciąż nierozliczonej pamięci o rzezi wołyńskiej.

Kontrowersje wybuchły po piątkowej rozmowie Szeptyckiego na antenie TOK FM. Wiceminister został zapytany, dlaczego UPA nadal zajmuje ważne miejsce w ukraińskiej pamięci historycznej. Odpowiadając, podkreślił, że formacja – mimo odpowiedzialności za zbrodnię wołyńską – była dla części Ukraińców symbolem walki o niepodległość i oporu wobec Sowietów.

Największe emocje wywołały jednak jego kolejne słowa. Szeptycki stwierdził, że członkowie UPA byli „trochę takimi ukraińskimi żołnierzami niezłomnymi”. To porównanie natychmiast podchwycili politycy prawicy.

Reklama

„Nie wolno stawiać znaku równości”

Do sprawy ostro odniósł się Marcin Przydacz, szef Biura Polityki Międzynarodowej Kancelarii Prezydenta. W rozmowie na antenie Telewizji Republika podkreślił, że granica została przekroczona.

– Wiceminister pozwolił sobie na porównanie UPA do polskich żołnierzy wyklętych. Nie ma na to zgody – mówił polityk.

Przydacz przypomniał, że Ukraińska Powstańcza Armia odpowiada za mordy na ludności cywilnej podczas rzezi wołyńskiej i stwierdził, że osoby gloryfikujące tę formację nie powinny pełnić funkcji publicznych w polskim rządzie.

Reklama

Według niego Szeptycki powinien sam podać się do dymisji, a jeśli tego nie zrobi – zostać odwołany przez premiera Donalda Tuska. Minister prezydencki apelował również do koalicjantów rządu, w tym Władysława Kosiniaka-Kamysza i Piotra Zgorzelskiego, by zażądali usunięcia wiceministra ze stanowiska.

Decyzja Zełenskiego dolała oliwy do ognia

Cała sprawa wybuchła w szczególnie napiętym momencie. Kilka dni wcześniej prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski nadał jednej z ukraińskich jednostek wojskowych nazwę „Bohaterów UPA”. W Polsce decyzja została odebrana przez część polityków jako prowokacja i lekceważenie pamięci ofiar Wołynia.

Reklama

Przydacz mówił wprost, że Ukraina powinna odejść od gloryfikowania formacji odpowiedzialnych za zbrodnie na Polakach. Podkreślał również konieczność przeprowadzenia ekshumacji ofiar i godnego pochówku pomordowanych.

W tle narasta również polityczny spór wokół Orderu Orła Białego przyznanego Zełenskiemu w 2023 roku przez Andrzeja Dudę. Prezydent zapowiedział zwołanie posiedzenia Kapituły Orderu i poinformował, że jednym z tematów ma być możliwość odebrania odznaczenia ukraińskiemu przywódcy.

To symboliczny sygnał pokazujący, jak bardzo temat historycznej pamięci zaczyna wpływać na relacje między Warszawą a Kijowem.

Reklama

Czarnek: „To zdrada narodowa”

Jeszcze dalej poszedł Przemysław Czarnek, kandydat PiS na premiera. Podczas wystąpienia w Nowym Targu stwierdził, że problem nie dotyczy wyłącznie jednego wiceministra, ale całego gabinetu Donalda Tuska.

– Natychmiast do dymisji powinien podać się cały rząd – powiedział polityk PiS. – To jest zdrada narodowa.

Czarnek określił obecność Szeptyckiego w rządzie jako „potężny skandal” i przekonywał, że nikt, kto relatywizuje działalność UPA, nie powinien reprezentować polskiego państwa.

Spór wokół słów wiceministra pokazuje, że temat Wołynia pozostaje jedną z najbardziej drażliwych kwestii w relacjach polsko-ukraińskich. Nawet w czasie ścisłej współpracy militarnej i politycznej pamięć historyczna nadal potrafi wywoływać gwałtowne emocje po obu stronach granicy.

Źródło: interia.pl
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wm.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości