Koalicja rządząca znów postanowiła urządzić widowisko – tym razem pod hasłem „obrony psów”. Scenografia: Sejm, kamery, transparenty. Scenariusz: prezydent jako czarny charakter. Rekwizyty: zwierzęta. A refleksja? Opcjonalna.
W dniu, w którym Sejm miał zająć się wetem prezydenta do tzw. „ustawy łańcuchowej”, pod parlamentem odbył się protest firmowany przez polityków koalicji 13 grudnia. Do udziału w nim wprost zachęcał marszałek izby, Włodzimierz Czarzasty, apelując w mediach społecznościowych: „Przyjdźcie!!! Odrzućmy łańcuchy!!!” – hasło nośne, proste i świetnie wyglądające na banerze.
Prezydent Karol Nawrocki, informując o wecie, jasno wskazywał, że ochrona zwierząt jest celem słusznym, ale zawetowana ustawa była legislacyjnie wadliwa i w praktyce mogłaby pogorszyć sytuację zwierząt, zamiast ją poprawić. Przykład? Normy dotyczące kojców, które bardziej przypominały standardy dla kawalerek w centrum miasta niż realia wsi czy gospodarstw.
Co zrobił prezydent zamiast poprzestać na krytyce? Złożył własny projekt ustawy, zakazujący trzymania zwierząt domowych na uwięzi. Projekt czeka w Sejmie. Cicho. Bez protestów. Widocznie mniej medialny.
Zamiast dyskusji nad konkretami, politycy koalicji wybrali emocjonalną pałkę. Najdalej posunęła się posłanka Katarzyna Kierzek-Koperska, która ze sceny postanowiła zaatakować… dziecko prezydenta. Sugestia, że decyzje legislacyjne głowy państwa są dowodem na brak empatii przekazywanej własnemu dziecku to nie argument, a publiczne przekroczenie granicy, którego nie usprawiedliwia żadna troska o zwierzęta.
W tej samej estetyce wypadała obecność psa przyprowadzonego do Sejmu przez Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz. Zwierzę, wciśnięte w tłum kamer, mikrofonów i fleszy, wyglądało na wyraźnie zestresowane. Trudno o lepszą metaforę całej akcji: pies jako rekwizyt, nie jako podmiot troski.
Całość trafnie podsumował Janusz Cieszyński: „Wycierają sobie buzie miłością do zwierząt, a w praktyce kochają oglądać swoje twarze w telewizji”.
Sedno problemu leży nie w polityce, która empatię traktuje jak gadżet kampanijny, a oburzenie – jak paliwo do ataku personalnego. Gdy kończą się argumenty merytoryczne, zaczyna się moralna histeria. A gdy brakuje treści, zawsze można przyprowadzić psa.
Tyle że zwierzęta naprawdę na tym nie zyskują. Za to politycy – jak najbardziej.
Źródło: niezalezna.pl
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze