Jako zaprzysięgły i zatwardziały męski szowinista postawię tezę, że miliony homo, a ponoć też sapiens – będących szczęśliwymi posiadaczami chromosomów XY i, jednocześnie, rosyjskiego obywatelstwa – zdecydowanie bardziej wolą oglądać filmy o Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej i słuchać opowieści o operacji „Sztorm-333”, niż samemu dostąpić zaszczytu nadstawienia piersi swej w obronie Matuszki Rosiji.
W tym miejscu jestem winien Państwu wyjaśnienie, że mój szowinizm eksponuję głownie wtedy, kiedy ktoś opowiada mi, iż panie także mogą brać udział w starciu zbrojnym. Otóż nie, Szanowni Czytelnicy, gdyż śmierdzące, pełne błota, fekaliów, gryzoni i robactwa rowy strzeleckie nie są miejscem dla kobiet. Jeśli któraś z dam tak bardzo pragnie pójść w ślady mickiewiczowskiej Grażyny lub zostać Emilią Plater XXI wieku, to od razu proponuję, aby swoje ciągoty do Bellony realizowała w pododdziałach medycznych, meteorologicznych lub orkiestrze pułkowej, albowiem tam warunki bytowania są w miarę znośne. Nikomu nie muszę chyba tłumaczyć, że to przecież „płci słabej” przypadła zaszczytna rola rodzenia zdrowych mężczyzn, by ci w przyszłości mogli nosić karabiny i ładować ciężkie naboje do armaty czołgowej, więc jej komfort życiowy jest niezbędny. Dodam, że podobny do mojego ogląd sprawy mają chyba także kremlowscy władycy, bowiem nie dobiegły nas dotąd żadne wieści, by straty w sile żywej uzupełniali oni Katiami czy Maszami. A problem z rekrutem – jak wszędzie i podczas każdej wojny – także Moskwa ma coraz większy, pomimo tego, że poparcie dla najazdu na Ukrainę jest w społeczeństwie agresora bardzo wysokie. Jednak, jak to najczęściej bywa, o walce orężnej mówi i myśli się dobrze jedynie wtedy, kiedy samemu nie jest się w nią zaangażowanym i w żaden sposób nie wpływa ona codzienne życie ludzi. Dlatego Rosjanie sięgnęli po „mięso armatnie” z Korei Północnej.