Prawa strona sceny politycznej – obecnie znajdującą się w opozycji, a także całkowitej defensywie intelektualnej, merytorycznej oraz programowej – pomimo upływu kilkunastu już miesięcy od przegranych wyborów parlamentarnych i bezwolnego oddania władzy w ręce Donalda Tuska, wciąż nie jest w stanie wypracować spójnego planu, który pozwoliłby wyjść ugrupowaniu z głębokiego impasu - wskazuje Tȟašúŋke Witkó w cotygodniowym felietonie.
Jako wielki przeciwnik stosowania przemocy fizycznej oraz gorący orędownik ograniczania możliwości używania siły przez państwo, jestem gotów podpisać się pod społeczną petycją proponującą ustawienie pod Sejmem dybów, w które obywatele – odpowiednio przeszkoleni i sowicie opłacani – zakuwać będą wszystkich polityków, naukowców i decydentów szermujących wyświechtanymi argumentami o tym, że nie mamy elit, bowiem te zostały w katyńskich dołach i na barykadach powstańczej Warszawy. Dodatkowo, przewidywałbym taryfikator razów dorożkarskim batem dla tych, którzy rozpędzą się w swych opowieściach i po raz tysięczny zaczną sycić media bajaniami o radzieckich czołgach z pijanymi sołdatami w zawszonych kufajkach, mającymi dostarczyć nad Wisłę stepowych nadzorców z piernaczami wręczonymi przez samego Stalina, o dekadach peerelowskich prześladowań i jeszcze dziesiątkach, podobnych do powyższych, wykutych „na blachę” klechdach. Nie, Drodzy Państwo, nie jestem rewizjonistą i burzycielem ładu społecznego, ani też nie posiadam ambicji, by pisać historię na nowo, bowiem mam o niej pojęcie nikłe. Chcę natomiast, żeby ci – żyjący dostatnio z podatków wypracowywanych przez brukarzy i szwaczki – przestali karmić swoich dobroczyńców jednostajną papką przekazową, po której normalnemu człowiekowi zbiera się na mdłości. Tak, moi wspaniali Czytelnicy mają znakomitego nosa – będę ponownie pastwił się nad prawą stroną sceny politycznej.