Waszyngton znów patrzy w stronę Islamabadu. W sobotni poranek dwóch zaufanych ludzi prezydenta Donald Trump – jego specjalny wysłannik Steve Witkoff oraz doradca i jednocześnie zięć Jared Kushner – miało wyruszyć do Pakistanu, by spotkać się z przedstawicielami władz Iranu. To kolejna próba przełamania impasu, który od tygodni utrzymuje się wokół konfliktu na Bliskim Wschodzie.
Informację potwierdziła rzeczniczka Białego Domu Karoline Leavitt, wskazując, że inicjatywa wyszła bezpośrednio od Teheranu. Irańska strona – jak podkreśliła – odpowiedziała na wcześniejsze apele Waszyngtonu i sama zaproponowała bezpośrednie rozmowy. W administracji panuje ostrożny optymizm: nikt nie mówi o przełomie, ale wszyscy liczą na „krok do przodu”.
Nie jest tajemnicą, że kanały komunikacji między Waszyngtonem a Teheranem od dawna działają w trybie półoficjalnym. Tym razem jednak stawka wydaje się wyższa. Według doniesień CNN, amerykańscy wysłannicy mają spotkać się z szefem irańskiej dyplomacji, Abbas Aragczi.
W kuluarach mówi się, że jeśli rozmowy nabiorą rozpędu, do delegacji może dołączyć wiceprezydent J.D. Vance. Na razie jednak jego udział nie jest planowany. Powód jest czysto polityczny: w Islamabadzie zabraknie przewodniczącego irańskiego parlamentu, Mohammad Bagher Ghalibaf, którego w Białym Domu postrzega się jako kluczową postać po drugiej stronie stołu – odpowiednik amerykańskiego wiceprezydenta.
To nie pierwsze takie spotkanie w Islamabad. Właśnie tam, 11 kwietnia, odbyła się poprzednia runda negocjacji. Zakończyła się bez konkretów, ale – jak przyznają dyplomaci – pozwoliła utrzymać dialog w najtrudniejszym momencie konfliktu.
Witkoff i Kushner od miesięcy prowadzą rozmowy z irańskimi przedstawicielami, budując kruche porozumienie oparte bardziej na pragmatyzmie niż zaufaniu. W tej grze każdy gest ma znaczenie, a każde spotkanie – nawet bez przełomu – traktowane jest jako sukces sam w sobie.
Tłem dla dyplomatycznych zabiegów pozostaje wojna, która wybuchła 28 lutego po wspólnych nalotach USA i Izraela na cele w Iranie. Odpowiedź Teheranu była natychmiastowa i szeroka – od ataków na Izrael po uderzenia w infrastrukturę państw Zatoki Perskiej, w tym amerykańskie bazy i strategiczne instalacje energetyczne. Szczególnie dotkliwa okazała się blokada cieśniny Ormuz, która sparaliżowała eksport ropy z regionu.
Od 8 kwietnia obowiązuje jednak rozejm. Co istotne, nie ma on wyznaczonej daty końcowej. Jak podkreśla Karoline Leavitt, decyzja w tej sprawie należy wyłącznie do prezydenta Donald Trump – a ten, przynajmniej na razie, nie zamierza stawiać ultimatum.
W tym kontekście sobotnia podróż do Pakistanu może okazać się czymś więcej niż tylko kolejną rundą rozmów. Dla obu stron to test: czy dyplomacja jest jeszcze w stanie wyprzedzić wydarzenia na froncie.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze