Jeszcze kilka miesięcy temu niewielu stawiało Maję Chwalińską w gronie zawodniczek, które mogą namieszać w najważniejszych turniejach świata. Dziś 24-letnia Polka jest jedną z największych bohaterek tegorocznego Roland Garros. Jej droga do finału French Open stała się historią, która wykracza daleko poza sam tenis — to opowieść o przełamaniu, gigantycznych emocjach i pieniądzach, które potrafią zawrócić w głowie.
Chwalińska najpierw wyeliminowała Annę Kalińską, wygrywając 7:6 (7-3), 6:3, a później postawiła kolejny krok, pokonując Dianę Sznajder i meldując się w wielkim finale paryskiego turnieju. Tym samym Polka nie tylko zachwyciła kibiców, ale również zapewniła sobie największy finansowy sukces w całej dotychczasowej karierze.
W świecie zawodowego tenisa sportowe sukcesy niemal zawsze idą w parze z ogromnymi pieniędzmi. Roland Garros należy do najbardziej prestiżowych imprez sezonu, a organizatorzy od lat przeznaczają na nagrody astronomiczne kwoty.
Już sam awans do półfinału oznaczał dla Mai Chwalińskiej premię w wysokości 750 tys. euro, czyli około 3,2 mln złotych. Jednak wejście do finału sprawiło, że ta suma niemal się podwoiła. Dziś na koncie Polki jest już gwarantowane 1,4 mln euro, co w przeliczeniu daje blisko 6 mln zł.
To kwota, która robi ogromne wrażenie szczególnie dlatego, że przewyższa łączne zarobki Chwalińskiej z wcześniejszej kariery. Jeszcze niedawno tenisistka walczyła przede wszystkim o stabilizację w światowym tourze i regularne występy w największych imprezach. Teraz znalazła się w samym centrum tenisowego świata.
A to przecież jeszcze nie koniec.
W sobotę 6 czerwca Polka stanie przed największym wyzwaniem w swojej karierze. Jej rywalką będzie Rosjanka Mirra Andreeva, a stawką nie będzie wyłącznie prestiżowy tytuł mistrzyni French Open.
Zwyciężczyni turnieju zgarnie aż 2,8 mln euro, czyli prawie 12 mln złotych. Do tego dochodzą punkty rankingowe, które mogą całkowicie odmienić sportową przyszłość Chwalińskiej. Już teraz Polka przesunęła się w okolice czołowej trzydziestki rankingu WTA, a triumf w Paryżu otworzyłby jej drzwi do tenisowej elity.
Dla zawodniczek taki sukces oznacza znacznie więcej niż jednorazową premię. Lepszy ranking to łatwiejszy dostęp do największych turniejów, wyższe kontrakty sponsorskie i zdecydowanie większe zainteresowanie światowych marek.
Nic więc dziwnego, że wokół tenisowych nagród od lat narasta ogromne zainteresowanie. Tegoroczna pula French Open wynosi ponad 61,5 mln euro — czyli około 262 mln złotych. To liczby, które pokazują skalę biznesu, jakim stał się współczesny tenis.
Choć kwoty wypłacane tenisistkom wyglądają imponująco, rzeczywistość jest nieco bardziej skomplikowana. Ostateczne pieniądze, które trafiają do sportowców, są bowiem znacznie niższe niż oficjalne premie podawane przez organizatorów.
We Francji obowiązują jedne z najwyższych podatków dla osób osiągających bardzo duże dochody. Kilka lat temu Daniił Miedwiediew przyznawał w rozmowie cytowanej przez supersport.se.pl, że w praktyce zawodnicy mogą oddać fiskusowi nawet około 45 proc. wygranej.
Podobnie mówił Tomasz Świątek, ojciec Igi Świątek, zwracając uwagę na ogromne obciążenia podatkowe związane z grą w turniejach rozgrywanych we Francji. Dla porównania w Stanach Zjednoczonych podatki od tenisowych premii są zwykle niższe i wynoszą około 30 proc.
To jednak tylko część kosztów. Zawodowi tenisiści opłacają również trenerów, fizjoterapeutów, sztab szkoleniowy, podróże i logistykę całego sezonu. W praktyce oznacza to, że nawet przy milionowych nagrodach końcowy zarobek bywa znacznie mniejszy, niż mogłoby się wydawać.
Nie zmienia to jednak jednego — Maja Chwalińska właśnie weszła do wielkiego świata. A wraz z sukcesem sportowym przyszły także pieniądze, o których jeszcze niedawno mogła jedynie marzyć.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze