Sprawa Szpitala Południowego w Warszawie rozpaliła debatę nie tylko o przywilejach polityków, ale także o gigantycznych zarobkach części lekarzy. Rząd chce odpowiedzieć na te kontrowersje ustawą o jawności wynagrodzeń medyków. Zdaniem ekspertów może się jednak okazać, że nowe przepisy pokażą jedynie fragment rzeczywistości, a prawdziwe źródła problemu pozostaną nietknięte.
Według szacunków nawet 5-6 tys. lekarzy w Polsce osiąga miesięczne dochody przekraczające 100 tys. zł. Choć dla opinii publicznej takie kwoty brzmią szokująco, eksperci podkreślają, że nie są one wynikiem łamania prawa, lecz konsekwencją sposobu, w jaki od lat funkcjonuje polski system ochrony zdrowia.
Impulsem do dyskusji stały się doniesienia dotyczące Szpitala Południowego w Warszawie. Według medialnych informacji w placówce miał działać nieformalny system uprzywilejowanego przyjmowania polityków i osób z nimi związanych. Dodatkowe emocje wywołały informacje o bardzo wysokich dochodach jednego z lekarzy oraz liczbie przepracowanych przez niego godzin.
Reakcja władz miasta była natychmiastowa. Zapowiedziano audyt, a prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski zdecydował o odwołaniu zarządu szpitala.
Jednak według Wojciecha Wiśniewskiego, eksperta zajmującego się finansowaniem ochrony zdrowia, cała sprawa ma przede wszystkim wymiar polityczny.
– Informacje o bardzo wysokich zarobkach lekarzy nie są żadnym odkryciem. Mechanizmy, które do tego doprowadziły, funkcjonują od kilku lat i były powszechnie znane – wskazuje ekspert.
Jego zdaniem kluczowe znaczenie miało niemal nieograniczone finansowanie świadczeń zdrowotnych po pandemii, w tym pełne rozliczanie nadwykonań przez NFZ. To właśnie wtedy zaczęły powstawać rekordowe kontrakty i tzw. kominy płacowe.
Rządowa odpowiedź na narastające kontrowersje to projekt ustawy zakładający monitorowanie wynagrodzeń lekarzy. W teorii ma ona pozwolić na identyfikowanie rekordowych zarobków i większą kontrolę wydatkowania publicznych pieniędzy.
Eksperci zwracają jednak uwagę na istotną lukę.
Projekt przewiduje identyfikację lekarzy na podstawie numeru PESEL oraz prawa wykonywania zawodu. Oznacza to, że obejmie osoby pracujące na etatach lub prowadzące jednoosobową działalność gospodarczą. Problem pojawia się wtedy, gdy świadczenia realizowane są za pośrednictwem spółek prawa handlowego, spółdzielni lekarskich czy wyspecjalizowanych podmiotów świadczących usługi dla szpitali.
W takich przypadkach rzeczywiste dochody konkretnych osób mogą pozostać niewidoczne dla systemu.
Zdaniem Wojciecha Wiśniewskiego sama wiedza o wysokości zarobków nie rozwiąże żadnego problemu. Może jedynie pokazać skalę zjawiska.
Dodatkowe wątpliwości budzi przyjęty przez polityków próg 100 tys. zł miesięcznie. Ekspert zwraca uwagę, że jest on arbitralny i nie wiadomo, dlaczego wybrano właśnie taką granicę. Tym bardziej że według danych mediana wynagrodzeń lekarzy wynosi około 25 tys. zł miesięcznie, a grupa osiągająca najwyższe dochody pozostaje stosunkowo niewielka.
Najbardziej kontrowersyjna część debaty dotyczy pytania, czy lekarze osiągający milionowe roczne dochody wykorzystują system.
Zdaniem ekspertów odpowiedź brzmi: nie.
Lekarze otrzymują wysokie wynagrodzenia dlatego, że szpitale są gotowe je płacić. Powód jest prosty – specjalistów w wielu dziedzinach brakuje, a placówki konkurują między sobą o tych samych pracowników.
Na wysokie stawki wpływa kilka czynników. Polska utrzymuje rozbudowaną sieć szpitali, często z niewielkim obłożeniem łóżek. Jednocześnie przepisy wymagają obecności określonych specjalistów niezależnie od rzeczywistego zapotrzebowania. Do tego dochodzi ponad 80 różnych specjalizacji medycznych oraz chroniczne rozproszenie świadczeń.
W efekcie popyt na lekarzy jest sztucznie podbijany, a ceny ich pracy rosną.
Jak zauważa Wiśniewski, sytuacja przypomina klasyczny rynek. Jeśli jeden szpital płaci specjaliście 200 zł za godzinę, a sąsiednia placówka zaoferuje 350 zł, personel po prostu zmienia miejsce pracy.
Dlatego lekarze zarabiający ponad 100 tys. zł miesięcznie nie są wyjątkiem działającym poza systemem. Są produktem systemu, który od lat premiuje rozdrobnienie i rywalizację między placówkami.
Ekspert przekonuje, że bez głębokich reform problem będzie narastał. Wśród najważniejszych zmian wymienia konsolidację szpitali, ograniczenie liczby specjalizacji, deregulację wymogów kadrowych oraz skuteczniejszą kontrolę kontraktów medycznych.
Tymczasem sytuacja finansowa ochrony zdrowia staje się coraz trudniejsza. Jak wynika z korespondencji między resortami finansów i zdrowia, luka w finansowaniu systemu sięga już 16,8 mld zł.
– Możemy mierzyć wynagrodzenia i tworzyć kolejne raporty, ale bez zmian strukturalnych nic się nie zmieni. System przez lata przyzwyczaił się do coraz większych pieniędzy. Im dłużej będziemy zwlekać z reformą, tym bardziej bolesna będzie jej realizacja – ocenia ekspert.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze