Reklama

Śledzie z niespodzianką. Co tak naprawdę jemy z rybnych „gotowców”?

Ryby i owoce morza uchodzą za jeden z najzdrowszych elementów diety, zwłaszcza w okresie świątecznym, gdy na stołach królują śledzie, pasty rybne i „krabowe” przystawki. Najnowsza analiza popularnych produktów przeprowadzona przez Katarzynę Bosacką pokazuje jednak, że to, co widzimy na etykiecie z przodu, często ma niewiele wspólnego z tym, co faktycznie znajduje się w środku opakowania. Zbyt mało ryby, dużo tanich wypełniaczy i cała lista dodatków technologicznych – to wnioski, które mogą ostudzić entuzjazm niejednego konsumenta.

Pasta z łososia, w której rządzi olej

Pierwszym produktem, który trafił pod lupę, była gotowa pasta z łososia. Już rzut oka na skład wystarczył, by pojawiły się zastrzeżenia. Na pierwszym miejscu widnieje olej rzepakowy w ilości 23 procent, dopiero dalej pojawia się łosoś. Z samego ułożenia składników wynika, że ryby jest mniej niż oleju, czyli co najwyżej 22 procent. To bardzo mało jak na produkt, który sprzedawany jest jako pasta z łososia, a nie pasta z oleju z dodatkiem łososia. 

Taki zabieg oznacza w praktyce, że konsument płaci głównie za tłuszcz roślinny, a nie za wartościowe mięso ryby. To z kolei przekłada się na niższą wartość odżywczą produktu – mniej pełnowartościowego białka i kwasów tłuszczowych charakterystycznych dla ryb, więcej taniego „wypełniacza”, który podbija kaloryczność.

Reklama

„Krab”, w którym nie ma kraba

Drugim przykładem jest popularne surimi, sprzedawane często pod chwytliwą nazwą „krab” i opatrzone apetycznym, czerwonym opakowaniem z wizerunkiem skorupiaka. Z zewnątrz produkt wygląda jak gwarancja morskiego smaku, ale skład mówi coś zupełnie innego. Bosacka przypomina, że surimi to mielone, przetworzone mięso z białych ryb, czyli w praktyce masę z resztek rybnych połączoną dodatkami technologicznymi. Kraba nie ma tam w ogóle. 

To klasyczny przykład, jak marketing może wprowadzać w błąd. Konsument, widząc duży napis „krab” i sugestywną grafikę, ma prawo sądzić, że kupuje produkt na bazie mięsa kraba. Tymczasem w środku znajduje głównie przetworzoną rybę, wzmacniacze smaku i dodatki poprawiające konsystencję. Sama technologia surimi nie jest niczym zakazanym, ale problemem jest rozbieżność między tym, co sugeruje opakowanie, a tym, co realnie dostajemy.

Reklama

Śledzik z listą dodatków jak z laboratorium

Na koniec Bosacka sięgnęła po śledzie – produkt, który kojarzy się z prostą listą składników: ryba, olej, przyprawy. Okazało się, że w przypadku analizowanego produktu skład wygląda znacznie bardziej skomplikowanie. Oprócz śledzi w zalewie znalazły się między innymi: lakton kwasu glukonowego, kwas cytrynowy, cytryniany sodu, dwa konserwanty – benzoesan sodu i sorbinian potasu – a także mieszanka oleju rzepakowego i słonecznikowego. 

Bosacka nie kryła zdziwienia tak rozbudowaną listą dodatków. Zwróciła uwagę, że w produkcie „w oleju” pojawiają się liczne konserwanty i substancje o funkcji regulowania kwasowości czy stabilizowania składu. W jej ocenie trudno znaleźć uzasadnienie dla tak dużej liczby dodatków w produkcie, który tradycyjnie nie wymaga aż tak daleko posuniętej ingerencji technologicznej, jeśli jest właściwie przygotowany i przechowywany.

Reklama

Ryby są zdrowe, ale etykietę trzeba czytać

W swoich komentarzach Bosacka nie odrzuca ryb ani owoców morza jako takich – podkreśla wręcz, że są one cennym elementem zdrowej diety, dostarczającym białka i nienasyconych kwasów tłuszczowych. Zwraca jednak uwagę, że im bardziej przetworzony produkt, tym większa czujność jest potrzebna po stronie kupującego. 

Analiza trzech popularnych produktów pokazuje, że problemem nie jest sama obecność ryby, lecz jej ilość w porównaniu z tańszymi składnikami, a także liczba dodatków technologicznych. Gotowe „rybne” rozwiązania kuszą wygodą i wyglądem, ale przed włożeniem ich do koszyka warto odpowiedzieć sobie na kilka pytań: ile jest w nich faktycznie ryby, za co tak naprawdę płacimy i czy lista składników nie jest zaskakująco długa jak na prostą pastę czy śledzia w oleju.

Reklama

Na co zwracać uwagę przed świętami

Wnioski z tej analizy są szczególnie ważne w okresie okołoświątecznym, gdy rośnie sprzedaż rybnych „gotowców”, a tempo zakupów sprawia, że rzadziej zatrzymujemy się przy etykiecie. Ekspertka przypomina, że kluczowe jest sprawdzenie, co jest na pierwszym miejscu w składzie, ile procent deklarowanego surowca zawiera produkt oraz czy lista dodatków nie przypomina chemicznego katalogu. Im prostszy skład, tym bliżej do tradycyjnego, domowego produktu. 

Historia pasty z łososiem, „kraba” bez kraba i śledzia z pakietem konserwantów pokazuje, że nawet w kategorii, którą wielu uważa za „z definicji zdrową”, nie można kupować na ślepo. Ryby i owoce morza nadal warto jeść – ale lepiej wybierać te, których skład rozumiemy od pierwszego do ostatniego słowa.

Reklama

red.

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 11/12/2025 18:03
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wm.pl




Reklama