2 kwietnia 2005 roku, o godzinie 21.37, w Watykanie zgasło życie Jana Pawła II. Miał 84 lata. Jego pontyfikat trwał ponad ćwierć wieku – wystarczająco długo, by na trwałe wpisać się nie tylko w historię Kościoła, ale i w losy całego świata.
Dziś, po 21 latach, łatwo ulec pokusie pomnikowego spojrzenia. Trudniej – przypomnieć sobie człowieka: jego słowa, niepokoje, decyzje i wymagania, które stawiał innym… ale najpierw sobie.
W jednym ze swoich ostatnich tekstów – liście do kapłanów na Wielki Czwartek – papież zostawił coś na kształt duchowego testamentu. Nie było w nim wielkich deklaracji ani teologicznych traktatów. Było proste, wymagające zdanie: kapłaństwo ma sens tylko wtedy, gdy staje się służbą.
Nie chodziło o abstrakcyjną ideę. Dla Jana Pawła II kapłan miał być człowiekiem „do dyspozycji” – obecnym tam, gdzie ktoś cierpi, szuka, wątpi. Kimś, kto nie chroni własnej wygody, lecz oddaje siebie wspólnocie.
To spojrzenie nie pojawiło się pod koniec jego życia. Już w 1979 roku, w swoim pierwszym liście do duchownych, pisał wprost: ksiądz musi być blisko ludzi i ich spraw – tych najbardziej codziennych, często trudnych, nieuporządkowanych. Bo tylko tam naprawdę realizuje swoje powołanie.
Jednocześnie stawiał wysoko poprzeczkę. Oczekiwał autentyczności – takiej, którą dostrzegają zarówno wierzący, jak i niewierzący. Kapłan miał być świadkiem Ewangelii, człowiekiem modlitwy i kimś, kto nie ucieka od odpowiedzialności za słowo.
Pontyfikat Jana Pawła II przypadł na czas ogromnych napięć – politycznych, społecznych i ideowych. Papież nie unikał tych tematów, ale też konsekwentnie przypominał, że Kościół nie może stać się narzędziem polityki.
Szczególnie wyraźnie było to widać podczas jego podróży do Ameryki Łacińskiej. W czasach, gdy część duchownych angażowała się w ruchy rewolucyjne i tzw. teologię wyzwolenia, papież stawiał granicę: pomoc ubogim – tak, ale nie poprzez walkę klasową i ideologiczne zaangażowanie.
Nie oznaczało to dystansu wobec problemów społecznych. Wręcz przeciwnie. W Polsce mówił wprost o potrzebie solidarności z narodem, o prostocie życia duchownych i o niebezpieczeństwie tworzenia dystansu między księżmi a wiernymi.
W jego wizji kapłan miał być blisko ludzi także stylem życia – nie ponad nimi, nie obok, ale razem z nimi.
Jan Paweł II nie idealizował Kościoła. W Roku Jubileuszowym 2000 publicznie przyznał, że historia wspólnoty wierzących to nie tylko świętość, ale także grzech. Ten gest – słynne „mea culpa” – był jednym z najbardziej symbolicznych momentów jego pontyfikatu.
Jednocześnie podejmował konkretne decyzje. W 2001 roku wprowadził normy dotyczące najcięższych przestępstw w Kościele, w tym wykorzystywania nieletnich. Zaostrzono przepisy, wydłużono okresy przedawnienia i zobowiązano biskupów do zgłaszania takich spraw do Stolicy Apostolskiej.
To był sygnał, że odpowiedzialność nie kończy się na słowach.
Pontyfikat Jana Pawła II to także skala, która do dziś robi wrażenie. 104 zagraniczne pielgrzymki, ponad 1,7 miliona kilometrów, spotkania z ludźmi wszystkich kultur i religii. Był pierwszym papieżem, który odwiedził synagogę i kościół luterański – gesty wtedy przełomowe, dziś wydające się oczywiste.
Ale może ważniejsze od liczb jest coś innego: styl obecności. Papież, który nie bał się tłumów, ale też nie uciekał od ciszy. Który mówił do milionów, a jednocześnie potrafił pisać tak, jakby zwracał się do jednego człowieka.
Na jego pogrzebie w 2005 roku świat zatrzymał się na chwilę. Na Placu Świętego Piotra padły słowa „Santo subito” – „święty natychmiast”. Proces wyniósł go na ołtarze kilka lat później, za pontyfikatu Benedykta XVI i Franciszka.
Dziś jednak pytanie nie brzmi już, kim był.
Bardziej – czy to, co mówił, jeszcze w nas pracuje.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze