Europejskie stolice coraz śmielej myślą o scenariuszu, który jeszcze niedawno wydawał się polityczną abstrakcją: międzynarodowej operacji na jednym z najważniejszych szlaków morskich świata — bez udziału Stanów Zjednoczonych. Jak ustalił The Wall Street Journal, trwają prace nad koncepcją koalicji, która miałaby przywrócić swobodę żeglugi przez cieśninę Ormuz. Pomysł budzi jednak nie tylko zainteresowanie, ale i wyraźny niepokój — zwłaszcza w kontekście możliwej reakcji Donalda Trumpa.
Z informacji dziennika wynika, że europejski plan zakłada operację rozpisaną na trzy wyraźne fazy. Najpierw umożliwienie opuszczenia cieśniny jednostkom, które zostały tam uwięzione w wyniku konfliktu. Następnie — żmudne i ryzykowne rozminowywanie akwenu. Ostatnim krokiem miałoby być wprowadzenie stałej obecności wojskowej, zapewniającej bezpieczeństwo przepływających statków.
Kluczowe jest jednak to, czego w tej układance brakuje. Francja, która nadaje ton rozmowom, opowiada się za misją o charakterze defensywnym i — co szczególnie istotne — bez udziału państw bezpośrednio zaangażowanych w konflikt na Bliskim Wschodzie. W praktyce oznacza to wykluczenie Stanów Zjednoczonych, ale także Izraela i Iranu.
Wśród potencjalnych uczestników operacji wymienia się przede wszystkim Francję i Wielką Brytanię, a także Niemcy, choć Berlin na razie nie potwierdził swojego udziału. Już w najbliższych dniach mają się odbyć rozmowy na wysokim szczeblu — inicjowane przez prezydenta Emmanuela Macrona i premiera Keira Starmera — z udziałem przedstawicieli kilkudziesięciu państw. Na liście zaproszonych znalazły się również Chiny i Indie, co pokazuje skalę ambicji projektu.
Pomysł stworzenia koalicji z pominięciem Waszyngtonu to nie tylko decyzja operacyjna, ale także wyraźny sygnał polityczny. Jak wskazują źródła zbliżone do rozmów, Francuzi zakładają, że Iran mógłby odrzucić inicjatywę, jeśli byłaby ona firmowana przez Stany Zjednoczone. Wyłączenie USA ma więc zwiększyć szanse na akceptację planu przez Teheran.
Z drugiej strony, taka strategia rodzi poważne napięcia w relacjach transatlantyckich. Dla części europejskich polityków to dowód na rosnącą potrzebę strategicznej autonomii. Dla innych — ryzykowny eksperyment, który może pogłębić istniejące już podziały.
W tle tej decyzji widać szerszy kontekst ostatnich miesięcy: spory handlowe, ograniczenie amerykańskiego wsparcia dla Ukrainy oraz kontrowersyjne deklaracje dotyczące bezpieczeństwa w ramach NATO. W efekcie relacje między Europą a Waszyngtonem wyraźnie się ochłodziły — a plan dotyczący Ormuzu tylko uwidacznia tę zmianę.
Największą niewiadomą pozostaje jednak reakcja Donalda Trumpa. Były prezydent — i potencjalny przyszły gospodarz Białego Domu — od tygodni naciskał na europejskich sojuszników, by wsparli działania mające na celu odblokowanie cieśniny. Europejska odmowa już wcześniej spotkała się z ostrą odpowiedzią.
Trump zasugerował ponowne rozważenie zaangażowania USA w NATO, podważając sens uczestnictwa w sojuszu, który — jego zdaniem — nie przynosi Ameryce wystarczających korzyści. W Londynie i innych europejskich stolicach takie sygnały odbierane są jako poważne ostrzeżenie.
Brytyjczycy, jak wskazują rozmówcy „WSJ”, szczególnie obawiają się „wybuchowej reakcji” Trumpa na próbę marginalizacji roli USA w tak strategicznym regionie. Tym bardziej że cieśnina Ormuz pozostaje jednym z kluczowych punktów globalnego handlu — a każda próba jej kontrolowania ma wymiar nie tylko militarny, ale i geopolityczny.
W efekcie Europa stoi dziś przed trudnym wyborem: zaryzykować samodzielne działanie i sprawdzić granice swojej niezależności, czy jednak spróbować odbudować wspólny front z Waszyngtonem. Niezależnie od decyzji, jedno jest pewne — sprawa cieśniny Ormuz stała się czymś więcej niż tylko kwestią bezpieczeństwa żeglugi. To test dla całej architektury zachodnich sojuszy.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze