Początek roku przyniósł twarde dane, które natychmiast stały się paliwem politycznego sporu. Deficyt budżetu państwa po styczniu i lutym 2026 r. wyniósł 48,5 mld zł – poinformowało Ministerstwo Finansów. Dochody sięgnęły 78,3 mld zł, podczas gdy wydatki przekroczyły 126,8 mld zł. To bilans, który trudno zignorować – nie tylko ze względu na skalę, ale i moment, w którym się pojawia.
Tak wysoki deficyt na starcie roku natychmiast wywołał reakcje polityków. W przestrzeni publicznej pojawiły się ostre komentarze, wskazujące, że już po dwóch miesiącach wynik jest gorszy niż roczne wykonanie budżetu w poprzednich latach. Tego typu oceny szybko trafiają na podatny grunt – liczby są konkretne, a kontekst polityczny tylko podkręca emocje.
Jednocześnie same dane wymagają szerszego spojrzenia. W ujęciu nominalnym deficyt rzeczywiście jest wysoki, ale jego interpretacja zależy od tego, jak rozłożone są dochody i wydatki w ciągu roku. Początek roku od lat bywa okresem zwiększonych wydatków i przesunięć księgowych, które zaburzają prostą ocenę sytuacji.
Z perspektywy dochodów budżetowych obraz nie jest jednoznacznie negatywny. Wpływy podatkowe wyniosły 69,5 mld zł i były wyższe niż rok wcześniej. Wzrosły m.in. dochody z VAT oraz akcyzy, co może świadczyć o utrzymującym się popycie konsumpcyjnym.
Szczególnie widoczny jest wzrost wpływów z podatku CIT, który wynika m.in. ze zmian w stawkach – zwłaszcza dla sektora bankowego. To pokazuje, że część decyzji fiskalnych zaczyna przynosić wymierne efekty.
Na drugim biegunie znalazł się PIT. Dochody z tego podatku były ujemne, co na pierwszy rzut oka wygląda alarmująco. W rzeczywistości to efekt zmian systemowych – większe środki trafiły do samorządów, które na początku roku otrzymały podwójne transze udziałów. W praktyce oznacza to przesunięcie pieniędzy w obrębie sektora publicznego, a nie ich zniknięcie.
Po stronie wydatków widać wyraźny wzrost – o ponad 14 mld zł względem analogicznego okresu ubiegłego roku. To właśnie ta dynamika w największym stopniu odpowiada za wysoki deficyt.
Na wynik wpływ mają również czynniki jednorazowe i sezonowe. Na przykład część dochodów z VAT w styczniu była efektem rozliczeń inwestycji publicznych z końcówki poprzedniego roku, w tym wydatków na obronność. Z kolei lutowe wpływy osłabiły dane z gospodarki – spadek produkcji przemysłowej i budowlanej odbił się na dochodach podatkowych.
Nie bez znaczenia są też dochody niepodatkowe oraz wpływy z aukcji uprawnień do emisji CO₂, które w tym roku były niższe niż przed rokiem. To kolejny element układanki, który wpływa na końcowy wynik budżetu.
W efekcie otrzymujemy obraz bardziej złożony niż sugerują same nagłówki. Deficyt jest wysoki – to fakt. Ale jego skala wynika nie tylko z bieżącej kondycji finansów publicznych, lecz także z konstrukcji systemu, zmian w podziale dochodów i specyfiki początku roku.
Prawdziwa ocena sytuacji będzie możliwa dopiero w kolejnych miesiącach, gdy dane zaczną się stabilizować, a jednorazowe czynniki przestaną dominować w statystykach. Na razie budżet pozostaje nie tyle powodem do jednoznacznych wniosków, co punktem wyjścia do dalszej – i zapewne równie gorącej – debaty.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Nie trzeba było tyle obiecywać. Wykończą nas te plusy, przedwczesne, resortowe emerytury, zwolnienia podatkowe i rozdawnictwo państwa.
Nie trzeba było tyle obiecywać. Wykończą nas te plusy, przedwczesne, resortowe emerytury, zwolnienia podatkowe i rozdawnictwo państwa.