Reklama

„Nikczemny erzac greckiego geniuszu”. Mocne słowa o „Odysei” Nolana

Są dzieła, których wielkość działa na współczesną kulturę jak magnes. Wracamy do nich, ekranizujemy je, przepisujemy, uwspółcześniamy. Problem zaczyna się wtedy, gdy z oryginału zostają bohaterowie, kostiumy i kilka rozpoznawalnych motywów, a znika sposób myślenia, dzięki któremu dane dzieło przetrwało tysiące lat.

Wokół „Odysei” Christophera Nolana zapewne długo będą trwały spory. Jedni zobaczą wielkie widowisko, inni kolejną autorską interpretację klasyki. Są jednak i tacy, którzy stawiają sprawę znacznie ostrzej: Nolan miał do dyspozycji Homera, a więc jedno z najważniejszych dzieł naszej cywilizacji, lecz zamiast spróbować wejść w jego świat, wykorzystał go do opowiedzenia historii skrojonej pod współczesnego odbiorcę.

Paweł Chmielewski napisał po seansie wprost: „"Odyseja" w ogóle nie myśli po grecku. Myśli współcześnie - i to na bardzo niskim poziomie”.

Reklama

Mocne? Owszem. Ale warto na moment odłożyć emocjonalny ton tej recenzji i zastanowić się nad samym zarzutem. Bo być może dotyka on problemu znacznie większego niż jeden film Christophera Nolana.

Kiedy wielka opowieść staje się tylko materiałem

Współczesna kultura ma przedziwny stosunek do własnego dziedzictwa. Z jednej strony nieustannie do niego wraca. Z drugiej – coraz częściej zachowuje się tak, jakby przeszłość trzeba było najpierw przepuścić przez filtr dzisiejszych przekonań, aby w ogóle nadawała się do pokazania współczesnemu człowiekowi.

Reklama

Bierzemy więc dawnych bohaterów, ale dajemy im naszą mentalność. Zachowujemy starożytne konflikty, lecz tłumaczymy je językiem dzisiejszych sporów. Zostawiamy mit, ale wymieniamy jego sens. I później dziwimy się, że coś się nie zgadza.

„Odyseja” nie jest przecież tylko historią człowieka, który próbuje wrócić do domu. Gdyby była wyłącznie tym, prawdopodobnie nie rozmawialibyśmy o niej po niemal trzech tysiącach lat. Homer opowiada o świecie radykalnie innym od naszego. O człowieku, który może być wielki, ale nie jest wszechmocny. Który działa, walczy i podejmuje decyzje, lecz jednocześnie pozostaje zanurzony w porządku większym od siebie.

Reklama

Jest los. Są bogowie. Jest honor. Jest powinność. Jest dom, który nie oznacza wyłącznie miejsca zamieszkania. Jest wreszcie świadomość kruchości ludzkiego życia – tak trudna do pogodzenia ze współczesnym przekonaniem, że człowiek powinien przede wszystkim „realizować siebie”.

Jeżeli z tego świata wyjmiemy Odyseusza i postawimy go przed kamerą jako współczesnego człowieka w antycznej scenografii, możemy stworzyć bardzo dobry film.

Pytanie tylko, czy nadal będzie to Homer.

Chmielewski w swojej krytyce Nolana zwraca uwagę właśnie na ten problem. Według niego reżyser potraktował Greków „tak, jak każdy inny lud na świecie – a ich wielki epos, jak jedną z wielkich światowych opowieści”.

Reklama

To zdanie warto potraktować poważnie, nawet jeśli nie podziela się całego radykalizmu autora.

Bo Grecja rzeczywiście nie jest dla naszej kultury jednym z wielu rozdziałów historii.

To właśnie tam powstał język pojęć, którym przez kolejne stulecia Zachód próbował opisywać prawdę, piękno, dobro, naturę, rozum i człowieka. Tam rodziły się fundamenty filozofii i nauki. W greckim języku świat otrzymał Nowy Testament. Można spierać się o proporcje i wpływy, ale trudno udawać, że Homer jest dla nas tym samym, czym dowolna egzotyczna opowieść sprzed wieków.

Reklama

Dlatego ekranizacja „Odysei” nie musi być rekonstrukcją muzealną. Powinna jednak wiedzieć, na czyich ramionach stoi.

Trzysta milionów, Homer i kilka myśli, które już znamy

Tu dochodzimy do zarzutu chyba najboleśniejszego. Chmielewski pyta, czy rzeczywiście warto wydawać gigantyczne pieniądze, sięgać po Homera i uruchamiać całą machinę współczesnego kina po to, by ostatecznie przekazać widzowi kilka dość przewidywalnych refleksji o brutalności wojny, sile miłości czy ludzkiej sprawczości.

Można oczywiście odpowiedzieć: dlaczego nie? Kino ma prawo interpretować. Nolan ma prawo do własnego Homera. Widz ma prawo zachwycić się obrazem, aktorstwem czy rozmachem produkcji. Ale można też postawić pytanie odwrotne.

Reklama

Skoro już sięgamy po jedno z największych dzieł, jakie pozostawiła nam starożytność, dlaczego tak bardzo boimy się tego, co jest w nim naprawdę starożytne? Dlaczego dawni bohaterowie muszą myśleć tak, żebyśmy natychmiast ich rozumieli? Dlaczego ich świat trzeba przetłumaczyć na zestaw współczesnych problemów? Dlaczego kino nie może zażądać od widza odrobiny wysiłku i powiedzieć: przez następne trzy godziny spróbuj zobaczyć człowieka inaczej, niż widzisz go każdego dnia?

Być może właśnie tutaj kryje się zasadnicza słabość wielu współczesnych adaptacji klasyki. One nie próbują konfrontować nas z przeszłością. One oswajają przeszłość tak długo, aż zaczyna przypominać teraźniejszość. Wtedy Antygona staje się współczesną aktywistką, Achilles bohaterem kina psychologicznego, a Odyseusz człowiekiem XXI wieku, któremu przypadkiem przyszło żyć w epoce brązu. Oczywiście można tak robić. Tylko po co wtedy Homer? Chmielewski formułuje swoją ocenę znacznie ostrzej: „Jest nijakie, bo o niczym nie opowiada”. Być może to przesada. Ale za tą przesadą kryje się ważne pytanie o proporcję między skalą filmu a skalą jego myśli. Wielkie kino nie staje się wielkie dlatego, że kosztowało fortunę. Wielkie obrazy również nie wystarczą, jeżeli po wyjściu z sali pozostają po nich jedynie idee, które widz słyszał już dziesiątki razy.

Reklama

Homer przetrwał tysiąclecia nie dlatego, że opowiadał historie efektowne. Przetrwał dlatego, że potrafił opowiadać o człowieku w sposób, który kolejne pokolenia uznawały za wart ponownego odczytania. Jeżeli więc współczesna adaptacja bierze od niego fabułę, ale rezygnuje z jego wizji człowieka, może powstać imponujące widowisko. Trudniej jednak mówić o prawdziwym spotkaniu z „Odyseją”.

Najgorsze byłoby pomylić Nolana z Homerem

Pozostaje jeszcze jeden problem. Być może najważniejszy. Dla ogromnej części publiczności filmowa „Odyseja” nie będzie kolejną interpretacją Homera. Będzie Homerem.

Reklama

Widzowie, którzy nigdy nie przeczytają eposu, poznają jego bohaterów przez ekran. To film stworzy w ich głowach obrazy, charaktery i sensy. Za kilka lat ktoś powie „Odyseusz” i zobaczy nie bohatera starożytnego poematu, ale bohatera wielkiej hollywoodzkiej produkcji.

Nie ma w tym niczego nowego. Kino od zawsze wpływało na nasze wyobrażenia o historii i literaturze. Tym razem jednak stawka jest wyjątkowo wysoka. Chmielewski używa w tym kontekście określenia wyjątkowo brutalnego. Film Nolana nazywa „nikczemnym Ersatzem greckiego geniuszu”. Można odrzucić słowo „nikczemny”. Trudniej zlekceważyć słowo „Ersatz”.

Reklama

Bo kultura masowa coraz częściej nie prowadzi człowieka do oryginału. Ona daje mu zamiennik. Nie musisz czytać - obejrzyj. Nie musisz poznawać - wystarczy, że rozpoznajesz. Nie musisz rozumieć świata Homera - dostaniesz Homera, który będzie mówił dokładnie takim językiem, jaki już znasz. I właśnie to powinno budzić największy niepokój.

Nie dlatego, że Christopher Nolan nie ma prawa interpretować klasyki. Ma. Nie dlatego, że każdy film oparty na wielkim dziele musi być hołdem złożonym na kolanach. Nie musi. Problem pojawia się wtedy, gdy przestajemy odróżniać interpretację od źródła. Być może ktoś wyjdzie z „Odysei” zachwycony. Być może ktoś inny uzna zarzuty Chmielewskiego za przesadzone, staroświeckie albo zwyczajnie niesprawiedliwe. I dobrze. Każdy powinien wyrobić sobie własne zdanie.

Reklama

Ale nawet wtedy warto zrobić jedną rzecz. Po spotkaniu z Nolanem spotkać się jeszcze z Homerem. Może się bowiem okazać, że pomiędzy nimi znajduje się znacznie większe morze, niż sugeruje ten sam tytuł.

Oryginał recenzji tutaj

Źródło: PCh24 Aktualizacja: 18/07/2026 12:10
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wm.pl




Reklama