Coraz więcej osób ma dość aplikacji randkowych i zamiast algorytmom zaczyna ufać swatkom. Nie szukamy przygody na jedną noc, a prawdziwej relacji i miłości. Rozmawiamy ze znaną swatką – Anną Guzior-Rutyną.
— Czy dzisiaj zmęczyły nas już aplikacje randkowe i okazuje się, że chętniej korzystamy z usług swatki?
— Generalnie tak. Jestem swatką od 13 lat i widzę, że ludzie coraz bardziej przekonują się do tej formy poznawania partnera. Kiedyś, gdy aplikacje randkowe dopiero się pojawiały, wiele osób rzeczywiście szukało tam związków. Dzisiaj jednak coraz częściej aplikacje służą do przelotnych znajomości czy spotkań na jedną noc. Nie ma tam miejsca na budowanie trwałej relacji. Dlatego swatki i biura matrymonialne cieszą się dziś większą popularnością niż jeszcze pięć czy dziesięć lat temu.
— Kto korzysta z usług swatki?
— Każda swatka ma trochę inną grupę klientów. U mnie są właściwie dwa typy osób. Pierwszy to ludzie, którzy nigdy nie korzystali z aplikacji randkowych. Drugi – ci, którzy spróbowali i bardzo szybko z nich uciekli. Często trafiają do mnie osoby publiczne, celebryci, prawnicy, przedsiębiorcy, lekarze czy wykładowcy akademiccy. Wyobraźmy sobie profesora uczelni. On niekoniecznie chce się reklamować w internecie, a czasem wręcz nie może ze względu na obowiązujące zasady na uczelni. Przyjdzie więc do swatki, bo wie, że ma zapewnioną dyskrecję. Chce mieć pewność, że druga osoba została zweryfikowana, a jednocześnie nie chce upubliczniać swojego życia prywatnego.
— A ten drugi powód?
— Drugim ważnym powodem jest brak czasu. Wielu moich klientów prowadzi firmy, rozwija kariery zawodowe i zwyczajnie nie ma ochoty przeszukiwać portali randkowych czy odpisywać na dziesiątki wiadomości typu: „Hej, spotkamy się?”. A potem przychodzi rozczarowanie, bo obie strony mają inne oczekiwania. Oni oczekują konkretów.
— Czy nie jest tak, że algorytm można oszukać, a podczas rozmowy ze swatką jest o to trudniej?
— Oczywiście. W aplikacjach randkowych ludzie często koloryzują. Mężczyźni zawyżają wzrost, kobiety zaniżają wagę. Zdarza się też manipulowanie wiekiem. Kiedy zapisuję klienta, osobiście albo podczas rozmowy wideo, od razu widzę, jak wygląda naprawdę. Jeśli ktoś mówi, że ma 180 centymetrów wzrostu, a wyraźnie widzę, że jest niższy, to trudno to ukryć. Poza tym pracuję w tym zawodzie od 13 lat. Potrafię czytać między wierszami i nie wszystko da się przede mną zamaskować.
— Jak wygląda praca swatki?
— To zależy, ale wszystko zaczyna się od rozmowy. Spotykam się z klientem osobiście lub online i poznaję jego historię, potrzeby, oczekiwania oraz doświadczenia. Interesuje mnie nie tylko to, że ktoś jest rozwiedziony. Chcę wiedzieć dlaczego. Jeśli ktoś jest wdową lub wdowcem, również pytam o wcześniejszy związek. To są ważne informacje, które pomagają mi lepiej zrozumieć człowieka i dobrać odpowiedniego partnera. Na przestrzeni lat moja działalność mocno się rozwinęła. Napisałam siedem książek, organizowałam spotkania w całej Polsce i dziś działam trochę jak łowca głów – tylko że od miłości. W przypadku klientów korzystających z najwyższych pakietów, które mam w usłudze swatki, organizuję nawet specjalne castingi na partnera lub partnerkę. To już poziom wykraczający poza tradycyjne biuro matrymonialne.
— Łowca miłości – brzmi ciekawie. Czyli nic się nie zmieniło - ludzie nadal szukają miłości?
— Tak, u mnie zdecydowanie tak się dzieje. Moi klienci często mają już wszystko: pieniądze, firmy, piękne domy, sukces zawodowy. A mimo to nadal szukają miłości. Przychodzą nawet kobiety po siedemdziesiątce, które chcą się jeszcze zakochać. To jest piękne. Oczywiście obserwuję też rosnący indywidualizm i skupienie na sobie. W mediach społecznościowych często słyszymy: „Ty jesteś najważniejsza”, „Partner powinien dać ci to i tamto”. Tylko rzadziej pada pytanie: „A co ty dasz drugiej osobie?”.
— Dobra relacja nie może być egoistyczna.
— Relacja opiera się na wzajemności. W związku trzeba coś od siebie dać. Dlatego osoba, która przychodzi do swatki, musi mieć pewną dojrzałość emocjonalną. Ja nie tylko kojarzę ludzi. Jestem też świadkiem ich relacji, obserwuję pewne mechanizmy, czasem mówię niewygodną prawdę, podpowiadam rozwiązania i pomagam przejść przez trudniejsze momenty. Jestem też coachem relacji, więc potrafię spojrzeć na pary także z tej strony.
— To pomaga w pracy?
— Kiedy zostałam swatką, szybko zrozumiałam, że to bardzo trudny zawód. Pracuje się tutaj na emocjach, a często bywają bardzo trudne. Musiałam najpierw sama poukładać wiele rzeczy w swojej głowie, żeby skutecznie pomagać innym. Z czasem zaczęłam pisać poradniki, książki, ebooki i kursy. Jednak czułam, że to wciąż za mało. Dlatego postanowiłam zostać także coachem relacji. Nieustannie się uczę. Ludzie się zmieniają, świat, a rozwiązania skuteczne kilka lat temu nie zawsze działają dziś. Chcę być coraz lepsza w mojej pracy.
— Co najczęściej przeszkadza ludziom w znalezieniu partnera?
— Na pewno bardzo wysokie wymagania. Często sprowadzam klientów trochę na ziemię. Nie chodzi o to, żeby całkowicie rezygnowali ze swoich oczekiwań, ale czasem trzeba je zweryfikować. Jeśli kobieta mająca 150 centymetrów wzrostu mówi, że interesują ją wyłącznie mężczyźni powyżej 180 centymetrów, próbuję z nią o tym rozmawiać. Jeśli ktoś twierdzi, że partner musi mieć wyłącznie jasne oczy, również zachęcam do zastanowienia się, czy to naprawdę najważniejsze. Staram się negocjować.
— Jest jakaś nowa grupa, która korzysta dziś z usług swatki?
— Coraz częściej spotykam osoby neuroatypowe. Sama mam dwójkę dzieci w spektrum, dlatego zaczęłam zgłębiać ten temat. Nie diagnozuję ludzi, ale zdarza się, że pewne zachowania stają się dla mnie bardziej zrozumiałe. Na przykład wiem, że dla niektórych osób pięciominutowe spóźnienie lub zmiana miejsca spotkania może być ogromnym problemem. Ta wiedza pomaga mi skuteczniej pracować.
— Wspomniała pani o castingach. Na czym one polegają?
— To projekt, który stworzyłam jako jedna z pierwszych swatek w Polsce. Casting polega na tym, że przedstawiam klienta, ale w taki sposób, aby nie można było go rozpoznać. Zmieniam szczegóły, nie podaję dokładnych informacji o zawodzie czy miejscu zamieszkania. To jedyna możliwość, by osoby zainteresowane zgłosiły się bezpłatnie. Osoby zainteresowane wysyłają ankietę i zdjęcia. Jeśli uznam, że ktoś pasuje do mojego klienta, zapraszam go na krótką rozmowę. Weryfikuję dane, sprawdzam autentyczność zdjęć i dopiero wtedy rekomenduję konkretną osobę. Pamiętam casting dla zamożnego rolnika spod Zielonej Góry. Dziś jest już zaręczony. Gdybyśmy działali wyłącznie standardowymi metodami, prawdopodobnie nigdy nie spotkałby swojej partnerki. To bardzo pracochłonne, ale skuteczne rozwiązanie.
— Kto dziś częściej korzysta z usług swatki – młodzi czy starsi?
— Mam klientów od 22 do 80 lat. I rzeczywiście zauważyłam dużą zmianę. Kiedy zaczynałam, młodych osób było znacznie mniej. Dziś coraz częściej zgłaszają się ludzie po dwudziestce. Widzę, że młodsze pokolenie zaczyna inaczej patrzeć na życie. Przewartościowali swoje życie, chcą zakładać rodziny, widzą trudności, z jakimi mierzą się osoby, które mają dziś 35 lat, a odkładały decyzję o związku na później. Młode osoby są też coraz bardziej zmęczone aplikacjami randkowymi. Co ciekawe, coraz częściej usługę finansują rodzice. Zdarza się nawet, że cała rodzina angażuje się w poszukiwanie partnera dla córki czy syna. Miałam przypadek, kiedy siostra wykupiła pakiet dla swojej siostry.
— Jakiego związku szukają?
— Ludzie zaczynają rozumieć, że dobrze dobrany partner wpływa na wszystkie sfery życia – od szczęścia osobistego po rozwój zawodowy.
— Czyli odchodzimy od mody na skrajny indywidualizm?
— Myślę, że osoby dojrzałe emocjonalnie coraz częściej dostrzegają wartość bliskiej relacji. Oczywiście są ludzie, którzy wolą żyć chwilą i skupiają się wyłącznie na sobie, ale wielu z nas zaczyna rozumieć, że sukces zawodowy czy pieniądze nie zastąpią bliskości.
— Utrzymuje pani kontakt z parami, które połączyła?
— Tak, bardzo często. To jedna z najpiękniejszych stron tej pracy. Niektóre pary wysyłają mi zdjęcia z wakacji, inne informują o narodzinach dzieci. Na szczęście nie proszą mnie, bym została chrzestną (śmiech). Choć wiele dziewczynek otrzymuje imię Ania. Byłam też na ślubach osób, które poznały się dzięki mnie. Jedna z moich par opowiedziała nawet swoją historię miłości w programie telewizyjnym. Klienci czasami przysyłają mi zdjęcia ze wspólnych wyjazdów. Była taka para, którą połączyło wędkowanie. Wysyłają mi teraz fotografie ze wspólnych wyjazdów, z rybą w tle. To jest najcudowniejsze w tej pracy, kiedy człowiek widzi, że uszczęśliwia innych. To przynosi ogromną satysfakcję. Jestem niepoprawną romantyczką. Wierzę w miłość i wierzę, że człowiek nie jest stworzony do życia w pojedynkę.
Katarzyna Janków-Mazurkiewicz
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze